Archiwum

Archiwum dla ‘Poradniki’ Kategoria

No to jak to jest z tym inkubatorem?

Grudzień 19th, 2009 5 comments

inkubator No to jak to jest z tym inkubatorem?

Kilka razy czytelnicy tego bloga, czy nawet moi znajomi zadawali mi pytanie: “no to jak to jest z tym inkubatorem” (akademickim inkubatorem przedsiębiorczości, pod którym prowadzę póki co swoją działalność).

Wszyscy Ci, którzy chcieliby dzisiaj zadać mi to pytanie, na samym początku odsyłam do wpisu z przed paru miesięcy o wspomnianym inkubatorze. Dla tych, którzy przeczytali tamten optymistyczny materiał, zapraszam do dzisiejszego tekstu.

Główną funkcją Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości jest pomoc młodym ludziom, którzy chcą wystartować ze swoim pomysłem na biznes, jednak z powodu braku doświadczenia boją się założyć normalną działalność gospodarczą.

Tak powinna brzmieć główna definicja tej instytucji. Wszyscy Ci, którzy założyli, lub którzy chcą założyć biznes muszą pamiętać – jest to forma prologu do świata biznesu, który ma Ci uświadomić bez mocnych i częstych kopniaków w końcową część przewodu pokarmowego, że świat jest brutalny i biznes to nie jest zabawa.

Zasada jest prosta: jeżeli nie potrafisz sobie poradzić w inkubatorze, będzie Ci jeszcze trudniej odnaleźć się prowadząc normalną działalność gospodarczą.

Główną funkcją inkubatora, jest wyręczenie Cie w sprawach takich jak prowadzenie księgowości, działanie zgodnie z zasadami prawa, płacenie za Ciebie podatków, ubezpieczeń czy ZUS’u. Dzięki temu, przez równe dwa lata możesz się skupić na tym, na czym najbardziej powinieneś się skupić – na swojej działalności, na rozwijaniu sieci kontaktów, na zdobywaniu doświadczeń, które pomogą Ci ruszyć po założeniu normalnej działalności gospodarczej.

Znakomitym plusem inkubatora jest to, że możesz legalnie prowadzić swoją działalność przez dwa lata, a po tych dwóch latach mając już wspomniane doświadczenie, kontakty etc. możesz zacząć “od zera”, starając się o dotację czy to z urzędu miasta czy to z Unii Europejskiej. Dla mnie jest to jedna z głównych atrakcji, dzięki którym mogę jeść ciastko i nadal mieć ciastko.

Kolejnym plusem jest to, że miesiąc w miesiąc masz do dyspozycji grono prawników, którzy pomogą Ci przez X godzin w miesiącu w poprawianiu regulaminów, umów i innych ważnych formalnych rzeczy. Minusem jest bardzo duża biurokracja tego działu – nie masz dostępu bezpośrednio do prawnika, tylko kontaktujesz się z nim poprzez specjalny formularz emailowy. Z jednej strony rozumiem chęć utrzymania porządku przez prawników, z drugiej, wydaję mi się, że forma kontaktu mogłaby być znacznie bardziej dopracowana.

Kolejnym plusem (mówię o oddziale krakowskim) jest to, że wicedyrektorką, która opiekuje się Twoją firmą, jest bardzo miła Pani, która pomoże nie tylko w kwestiach formalnych, ale także da wiele rad, które pomogą przy staraniu się o dotację czy przy normalnym prowadzeniu firmy.

Dla równowagi teraz trochę o minusach. Nie jest to działalność gospodarcza. Prawnie, nie jesteś właścicielem firmy, jesteś tylko zatrudniony na umowę zlecenie przez inkubator. Przy prostym podpisywaniu umowy z kontrahentem najpierw musisz jechać do inkubatora sprawdzić umowę, następnie musi Ona być podpisana i opieczętowana przez dyrektora, następnie musisz zawieźć tę umowę do swojego klienta. Kiedy klient podpiszę umowę, z powrotem swoją część musisz odwieźć do inkubatora. Jeżeli masz inkubator blisko uczelni, domu, lub komunikacja w Twoim mieście jest dobrze rozwiązania – nie ma problemu. Jednak w przypadku takich miast jak Kraków, podpisanie umowy z inkubatorem, kontrahentem a następnie odwiezienie jej z powrotem do inkubatora może zająć pół dnia.

Kolejnym ograniczeniem jest ilość dokumentów, które możesz wygenerować bez dodatkowej opłaty. Jest to 25/50 (w zależności od oddziału) sztuk dokumentów. Kiedy licznik wystuka magiczną cyferkę, musisz zapłacić z góry 50zł za kolejne 25 dokumentów. Bardzo uprzykrza sprawę przy prowadzeniu sklepu internetowego, jednak w takim przypadku jest na to sposób – jeżeli klient nie wymaga od Ciebie faktury, wszystkie sprzedane przedmioty możesz wklepywać na zakupioną przez siebie kasę fiskalną. Następnie po zakończeniu miesiąca za pomocą magicznej funkcji podsumowującej w kasie cały miesiąc, zaniesiesz zamiast kilkudziesięciu dokumentów tylko jeden – wyciąg.

Kolejnym problemem jest ograniczona dostępność do pieniędzy. Aby zrobić przelew musisz udać się do inkubatora, podpisać umowę lub przedstawić fakturę, następnie wklepać do systemu zlecenie sprzedaży a później czekać od dnia do dwóch na realizację przelewu. Tak długi proces jest uzależniony od ilości spraw, jakie osoby odpowiedzialne za sprawowanie pieczy nad Twoją firmą (najczęściej dyrektorzy AIP) mają do zrobienia. Po ich zatwierdzeniu przelewu musisz uzbroić się w kolejne nakłady cierpliwości, czekając na to aż bank w którym masz założone konto zrealizuje zatwierdzony przelew.

Ostatecznie, ja jestem zadowolony z inkubatora. Za niedużą comiesięczną stałą kwotę jestem w stanie prowadzić legalny biznes, wystawiać faktury i być wiarygodny w oczach klienta. To bardzo duże możliwości, za bardzo małe pieniądze.

Uważam, że każdy, kto ma pomysł na biznes i się waha podjąć jakieś kroki, powinien postawić na Akademicki Inkubator Przedsiębiorczości. Jeżeli nie wypali w najgorszym wypadku będziesz stratny kilkaset złotych. Gdyby to samo nie wypaliło przy normalnej działalności gospodarczej, straciłbyś obniżoną na dwa lata stawkę ZUS, oraz możliwość wzięcia dotacji z urzędu miasta. Dla mnie, są to dwa spore asy w rękawie, których nie zamierzam wykorzystywać jeszcze przynajmniej przez najbliższy rok.

Jak sobie radzić z Klientem?

Grudzień 12th, 2009 2 comments

rekin Jak sobie radzić z Klientem?

Pomimo tego, że kolejny miesiąc już minął, w grudniu nie zacznę od podsumowania ubiegłego miesiąca. Zrobię to razem z podsumowaniem roku prowadzenia bloga – czyli 22 grudnia.

Dzisiejszy temat poruszyłem ze względu na kilka przemyśleń, które natchnęły mnie podczas prowadzenia mojego biznesu. Liczę na to, że czytelnicy prowadzący działalność gospodarczą lub nawet pracujący w firmach, na stanowisku wymagającym stałego kontaktu z klientem – wypowiedzą się i udzielą mi rad. W końcu nikt nie jest doskonały i najlepiej jest uczyć się na czyichś błędach.

1. Traktuj Klienta z należytym szacunkiem.

Na pewno na przestrzeni całego swojego życia, korzystając z usług, serwisu czy infolinii spotkaliście się z sytuacjami, podczas których osoba odpowiedzialna za kontakt z Wami – czyt. klientem – zachowała się niekulturalnie, unosiła się itp. W moim skromnym życiu zdarzyło się wiele takich sytuacji, podczas których nawet zostałem zwyzywany, prosząc o serwis produktu, który zamówiłem w danym sklepie. Jakie są tego konsekwencje – wszyscy wiemy. Niezadowolony klient odradzi dziesięciu potencjalnym klientom nasze usługi lub produkty, zadowolony klient może w przyszłości skorzysta z naszych usług ponownie, lub poleci nas swoim znajomym. Jak wszyscy wiemy, nad dobrym wizerunkiem pracuje się latami, a traci się go w parę minut. Warto o tym pamiętać w kontaktach z klientem.

2. Nie pozwól, aby Klient kiedykolwiek poczuł się głupcem.

Zasada dosyć prosta, a jakże często nieprzestrzegana przez wiele firm. Dosyć często, czy to w serwisie technicznym sklepu informatycznego, czy nawet w restauracji jesteśmy słownie lub mową ciała wyśmiani przez naszych usługodawców. Najczęściej jest to spowodowane niskim poczuciem własnej wartości kontrahenta, który nadrabia takowe, wymądrzaniem się i chwaleniem trudnym słownictwem którego nikt nie rozumie. Klient taki czuje się po prostu głupi, dodatkowo jego dezorientacja najczęściej prowadzi do niezdecydowania, obawy przed podjęciem dalszych kroków, co ostatecznie zamyka się w pętelkę z powodu frustracji naszego usługodawcy, który nie rozumie “jak normalny człowiek nie może rozumieć takich prostych pojęć!?”.

Nie musimy szukać daleko, aby zauważyć tego typu sytuacje w naszym życiu. Parę dni temu wybrałem się z moją kobietą do restauracji. Z racji tego, że rzadko chodzę w takie miejsca, nie są mi znane zasady dotyczące odpowiedniej kolejności zamawiania potraw czy drinków. Kiedy kelner po podaniu karty, zapytał co chcemy zamówić, jakież było jego zdziwienie, kiedy zdecydowaliśmy się na dwie lampki białego wina. Gdyby była to jednorazowa sytuacja – byłbym w stanie przymknąć na to oko, jednak 20 minut później po zjedzeniu przystawki i zamówieniu lodów malinowych inna kelnerka była również bardzo zdziwiona tym, że nie zamówiłem dania głównego.

Chciałbym zrozumieć tę sytuację, jednak nie potrafię. Uważam, że jeżeli jestem w jakimkolwiek miejscu publicznym, zachowuję się stosownie i kulturalnie, to kelner nie powinien dawać mi do zrozumienia (słownie lub wzrokowo), że mój wybór był nie na miejscu. Wychodzę z założenia, że idąc do restauracji, kawiarni czy pubu, to ja decyduję o tym, na co mam ochotę, a nie zbiór zasad ustanowionych przez osoby, które żyją tym tematem.

Pomimo tego, ze jedzenie było pyszne, nie wrócę ponownie do tej restauracji.

3. Uważaj na to, co mówisz i piszesz. Jeżeli piszesz, przeczytaj przynajmniej dwukrotnie zanim cokolwiek wyślesz/przekażesz adresatowi.

W ciągu ostatniego miesiąca z mojej winy, poprzez niedopowiedzenia, jeden z moich klientów odebrał moje słowa nie tak, jak zamierzałem. Zrozumiałem, że w tych kwestiach myślenie życzeniowe “klient na pewno odbierze to tak, jak powinien” nie sprawdza się (zresztą kiedy się sprawdza?). O ile w przypadku rozmów na żywo jesteśmy w stanie odkręcić od razu naszą gafę, o tyle w przypadku kontaktu tekstowego (np poprzez email czy list) warto dać do sprawdzenia pisany przez nas tekst innej osobie, najlepiej nie związanej z tematem, o którym piszemy. Dzięki temu dowiemy się, jakie nieścisłości i niedomówienia znajdują się w napisanym przez nas tekście, na które na pewno z racji “siedzenia w tym temacie” nie moglibyśmy sami wpaść.

4. Dawaj Klientowi więcej, niż na to zasłużył/ niż docelowo zamówił.

Tej zasady nauczyłem się z innego bloga: alexba.eu – do którego odwiedzenia serdecznie wszystkich zachęcam – znajdziecie tam zbiór bardzo przydatnych złotych przemyśleń, które przydadzą Wam się nie tylko w życiu zawodowym, ale także w osobistym.

Zasada jest prosta – każdy z Was świadomie lub nieświadomie wie, że wizerunek firmy w oczach klienta to rzecz święta. O ile nie jesteśmy w stanie sobie pozwolić na szeroko rozumiane usługi PR’owskie, o tyle możemy troszczyć się o klienta i dawać mu więcej, zwiększając automatycznie jego satysfakcję z naszych usług czy produktu.

5. Pamiętaj, że Klient ma zawsze rację.

Z tego założenia jako konsumenci wychodzimy najprawdopodobniej wszyscy. My wiemy, co jest dla nas najlepsze, my wiemy czego potrzebujemy. O ile nie zawsze to może być prawdą – co musisz zrozumieć kiedy prowadzisz biznes – o tyle nie warto nigdy rozciągać tematu. Kłótnie z klientem, sprzeczanie się o to kto ma rację jest po prostu zbyteczne. W tego typu sytuacjach najczęściej nikt nie czuje się dobrze. Jeżeli Twój klient ma jakiekolwiek wątpliwości – pomóż mu i postaraj się je rozwiać. Uwierz, dużo więcej zyskasz starając się być przyjacielem, który zawsze służy pomocą, niż będąc specjalistą, który wie co najlepsze.

Kiedy znajdziesz się w tego typu sytuacji, postaraj się ze wszystkich sił znaleźć nić porozumienia z klientem. Spójrz niesztampowo na dany problem i postaraj się go z pomocą klienta rozwiązać, tak aby ostatecznie obie strony były usatysfakcjonowane.

6. Nigdy, przenigdy nie obrażaj Klienta.

Bez względu na to, jak klient jest w stosunku do Ciebie niekulturalny – wykaż się klasą i staraj się załagodzić jakiekolwiek konflikty. Pamiętaj, wygrana wojna to nieodbyta wojna. Oczywiście, są sytuacje (najczęściej związane z finansami) w których jedynym rozwiązaniem problemu jest droga sądowa. Jeżeli jednak widzisz możliwość dogadania się z klientem, zaproponuj mu i załagodź wszelkie konflikty. Pamiętaj, Twoim priorytetem jest satysfakcja klienta. Jakakolwiek potyczka, bez względu czy wygrana czy przegrana, będzie dla Ciebie mimo wszystko stratą.

7. Zapamiętaj – nie jesteś doskonały.

Problemem wielu firm, które powstają lub które funkcjonują nawet od wielu lat, jest to, że ich pracownicy często wyróżnieni daną posadą, tracą zdolności samokrytyki. Prowadzi to do wywyższania się, pychy i innych złych grzechów czynionych przeciwko klientowi. Ja w swoim biznesie wychodzę z założenia, że będę uczył się przez całe życie. Do doskonałości mi jeszcze daleko.

Tak naprawdę po cichu dziękuję wszystkim klientom, właśnie za to, że dzięki ich różnorodności pozwalają mi spojrzeć z wielu różnych perspektyw na sprawy, które dotychczas były najczęściej dla mnie oczywiste. Dzięki wielokrotnej krytyce, wymaganiach, szczerych słowach w moim kierunku – dostaję najlepsze co mogę dostać – feedback, dzięki któremu wiem, co robię złego, co mogę poprawić, aby ostatecznie dążąc do perfekcji, dla każdego z moich klientów współpraca ze mną była czystą i bezproblemową przyjemnością.

A wy, jakie macie przemyślenia na temat kontaktu z klientem? Interesują mnie obie strony medalu: Wy jako konsumenci, oraz Wy jako usługodawcy. Zapraszam do rozmowy!

Życie proste jak gra komputerowa.

Październik 31st, 2009 8 comments

karuzela Życie proste jak gra komputerowa.

Parę dni temu byłem u mojego przyjaciela, który jest fanem gier komputerowych. Moja przygoda związana z tą formą relaksu zakończyła się na dobre w okolicach początków liceum. Mimo tego, kiedy mam okazję zagrać w jakąś kultową grę (zwłaszcza wyścigówkę) nie odmawiam. Jak często bywa, nawet tego typu działanie wniosło do mojego życia kilka ciekawych przemyśleń, o których dzisiaj chciałbym się z Wami podzielić.

Przenieśmy się zatem w świat gier komputerowych. Podejrzewam, że większość z nas miała z nimi jakąś styczność więc łatwo będzie Wam powrócić do tych czasów, kiedy przechodziliście swoją ukochaną grę, pokonując jej kolejne etapy. Mój taki “ostatni raz” odbywał się przy grze Need for Speed Porsche, po której stałem się wielbicielem i maniakiem tej marki aut. Przeszedłem tę grę od początku do końca; po paru tygodniach grania znałem wszystkie modele aut, dane techniczne, lata produkcji itp. W ciągu tych kilku tygodni stałem się “Młodszym Specjalistą ds. marki Porsche”.

W ostatnich dniach, kiedy przyglądałem się osobom grającym, zauważyłem bardzo ciekawe zjawisko: wszelkie problemy, zagadki, zadania w grach, bez względu na poziom trudności są powtarzane, aż do osiągnięcia danego celu.

Co wpływa na to, że tak chętnie pokonujemy wszelkie przeciwności losu w wirtualnym świecie, a w rzeczywistym wręcz przeciwnie? Jakie wnioski możemy wyciągnąć z gier, aby poprawić swoje życie?

  1. W grach komputerowych najczęściej z góry mamy przedstawiony cel danej misji. Wybudować miasto, przejechać jakąś trasę, uciec policji, wybudować dom – ile gier, tyle zadań. Przedstawienie jasno określonego celu w grze pozwala nam skupić się na jego realizacji. Wiemy co chcemy osiągnąć. Co możemy w tej sytuacji zrobić w naszym życiu? Za sprawą magicznej sztuczki możemy zrealizować całkiem sporą część zadań, które będą milowym krokiem w osiągnięciu tego marzenia. Wystarczy tylko spisać marzenie do notesu i zamienić je w cel do osiągnięcia. Dlaczego jest to milowy krok? Przecież spisaliśmy tylko parę słów na kartkę papieru. Wielokrotnie pisałem na tym blogu, że wg różnych badań spisanie celu na kartkę zwiększa jego prawdopodobieństwo osiągnięcia o kilkadziesiąt procent. Skoro kosztuje nas to tylko kilka sekund, dlaczego nie mielibyśmy tego zrobić?
  2. Ogromnym atutem każdej gry jest to, że przez cały okres zabawy wiesz na czym stoisz. Znasz swój ekwipunek, swój sprzęt – mówiąc najprościej orientujesz się jakie zasoby masz lub będziesz mieć, które pomogą Ci w osiągnięciu tego celu. Dzięki temu, że najczęściej zasoby te są łatwo dostępne i prezentowane w interfejsie, pamiętasz o tym, że możesz z nich skorzystać i tak też robisz, kiedy sytuacja tego wymaga. Wniosek? Kolejny krok przybliżający nas do celu, jest wypisanie wszystkiego tego, co mamy  i co jest nam potrzebne do jego osiągnięcia. Jak pamiętacie, we wpisie Jak zmotywować i zorganizować się do sesji egzaminacyjnej? nie zapomniałem przy tworzeniu planu o napisaniu kupieniu takich drobnostek jak zeszyty, długopisy, ołówki etc.
  3. Trzecią zaletą często spotykaną w grach jest udostępnienie drzewa rozwoju umiejętności czy przebiegu gry. Dzięki niemu w każdym momencie wiesz, ile jeszcze zostało do nauczenia umiejętności na najwyższym poziomie, czy do realizacji danego zadania. Wniosek? Rozbij plan na etapy, tak zwane kroki milowe, które pozwolą Ci zorientować się na jakim etapie realizacji swoich marzeń jesteś. Dzięki niemu, krok po kroku będziesz rozwiązywał zadania w kolejności, która będzie dla Ciebie w danej sytuacji najbardziej efektywna.
  4. Możliwość zapisu i odtworzenia wcześniejszego stanu gry. Nie, tego nie zamierzamy zaimplementować w naszym życiu, niestety jest to nie możliwe. Mimo tego, jesteśmy w stanie dużo wynieść z tej opcji. Przypomnij sobie ile razy dochodząc do koszmarnie trudnego punktu w grze, ładowałeś i restartowałeś grę bez końca, aż udało Ci się przejść ten trudny etap. Pomimo braku możliwości restartowania naszego życia do wcześniej zapamiętanego poziomu, nic nie stoi na przeszkodzie, aby wielokrotnie pomimo porażki nie poddawać się i dążyć do przezwyciężenia trudnych momentów na etapie naszej drogi do sukcesu.

Teraz zastanów się, skoro wszystkie najlepsze funkcjonalności, scenariusze, które możesz zobaczyć w grach jesteś w stanie zaimplementować w swoim życiu, to dlaczego z tego nie skorzystać? Jedno jest pewne, lepszej grafiki i dźwięku nie dostaniesz nigdzie indziej tylko w Twoim codziennym życiu!

Zatem, nie pozostaje Ci nic innego, jak zrobić pierwszy krok milowy na drodze do Twojego sukcesu. Weź kartkę i ołówek i pisz.

A następnym krokiem niech będzie napisanie komentarza pod tym tym tekstem ;-)

Historia mojego hobby.

Październik 8th, 2009 5 comments

hobby1 Historia mojego hobby.

Wszystko zaczęło się tak naprawdę w wieku 14lat, kiedy to pożyczając od swojego wujka modem do internetu, pierwszy raz połączyłem się z siecią. Kiedy udało mi się nawiązać połączenie z pamiętnym numerem 0 202122, byłem podekscytowany świadomością połączenia się w ciągu paru sekund z całym światem informacji. Po opanowaniu tych emocji, otworzyłem przeglądarkę internetową i tak naprawdę nie wiedziałem co wpisać do formularza adresowego. Nie zapomnę do końca mojego życia konsternacji towarzyszącej mi w tej chwili. Po oczywistym sprawdzeniu domeny microsoft.pl oraz windows.pl, pobiegłem do swojego pokoju w poszukiwaniu magazynów o grach komputerowych, wertując jak najszybciej ich kartki w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego linka.

Pamiętam, że wtedy byłem tak pewny swojej wiedzy na temat internetu, że w ciemno powiedziałem rodzicom, o braku potrzeby rozłączania modemu. W moim mniemaniu wystarczyło wyłączyć przeglądarkę, aby impulsy za korzystanie z internetu nie były już naliczane. Jak się domyślacie, moja pierwsza przygoda z internetem, po przyjściu rachunku za telefon okazała się być bardzo drogą przygodą. Nie mniej jednak nie straciłem zapału do sieci, pomimo tak wielkiego kosztu w korzystaniu z tej usługi (musiałem opłacić ogromny jak na tamte czasy rachunek za internet, z własnego kieszonkowego).

Kiedy w Polsce pojawiły się pierwsze oferty zryczałtowanego internetu wybłagałem moich rodziców wmawiając im, że internet jest mi niezbędny do nauki i zamówienie 60 godzinnego ryczałtu z pewnością przełoży się na moje wyniki w szkole. Jak się zapewne domyślacie była to swego rodzaju kiełbasa wyborcza. W tamtych czasach pomimo braku znajomości wyrażenia “po trupach do celu” było to moje podświadome podejście.

Mając już pseudo-stały dostęp do internetu zacząłem interesować się projektowaniem stron internetowych. Na początku był to czysty html, edytowany przez wtedy popularny program Microsoft Front Page. W starym komputerze znajdującym się w piwnicy znajduje się dysk twardy, na którym byłą zapisana moja pierwsza w życiu zaprojektowana własnoręcznie strona internetowa. Pamiętam ją do dziś.

Layout był wysoce wysublimowany. Biała czcionka, czarne tło ze srebrną owieczką w prawym górnym rogu (kiedyś na pewno wyjaśnię, co to oznaczało). Pamiętam moją radość, a właściwie ekstazę towarzyszącą mi w tym momencie. Pobiegłem do moich rodziców by pochwalić się jej moim pierwszym arcydziełem. Oczywiście usłyszałem, że strona jest przecudna i że są Oni ze mnie bardzo dumni. Oczywiście, dopiero po parunastu miesiącach prac w tej dziedzinie zrozumiałem, że zasięganie opinii moich rodziców nie jest najlepszym rozwiązaniem. Zrozumiały był fakt, że bez względu na to, co zaprojektuję i jak zaprojektuję, moja rodzina i tak będzie wniebowzięta podczas oglądania efektów moich prac. Poszedłem krok dalej.

Kiedy pod koniec gimnazjum miałem na swoim koncie kilkanaście stronek internetowych, wpadłem na pomysł: zaprojektujmy portal na miarę wp.pl. A co tam! Pobiegłem do swoich kumpli i przedstawiłem im swoją wizję. Oczywiście, błyskawicznie zostałem ściągnięty na ziemię. Mimo tego, że mój pomysł okazał się być niemożliwą do spełnienia fantazją, nie powstrzymał mnie on przed działaniem. Otworzyłem serwis z recenzjami gier w internecie (który nawiasem mówiąc jest online do dzisiaj ;) – za jakiś czas, przy innym projekcie udostępnię go wraz z paroma innymi moimi stronami). Zebrałem kilku znajomych, którzy testowali gry, a następnie pisali w serwisie recenzję. Miałem wtedy 16lat i już byłem redaktorem naczelnym! ;)

Serwis ten, niestety szybko się rozpadł z powodu “konfliktów panujących w redakcji”. Zastanawiałem się co mogę zrobić, żeby wybić się i zdobyć jeszcze większe doświadczenie. Ze względu na aktywne uczestniczenie w pewnym forum, poznałem pewnego kolegę, który był świetnym programistą i przez parę miesięcy wprowadzał mnie w tajniki pisania w php. Nasza znajomość rozwijała się w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy i tak zaufaliśmy sobie, że postanowiliśmy stworzyć coś w internecie razem (przy pomocy paru innych osób).

Założyliśmy działalność gospodarczą, która świadczyła pewne usługi internetowe non-profit. Główną misją tej działalności, było umożliwianie rozwoju młodym webdesignerom w Polskim internecie. Przez półtora roku zajmowałem się kontaktem z klientami, opieką nad stroną internetową czy planowaniem promocji. Pomimo wkładania wielkich starań po niecałych dwóch latach byliśmy zmuszeni sprzedać za psie pieniądze naszą firmę konkurencji, ponieważ nawet nie biorąc za to żadnego wynagrodzenia nasze koszty związane z utrzymaniem firmy i tak przekraczały nasze przypływy . Patrząc na to z perspektywy dnia dzisiejszego zabił nas brak biznes planu i jasno wytoczonych celów. Chcieliśmy dobrze, ale to nie wystarczyło. Rynek zweryfikował siłę naszej firmy i szybko dał znać o ciężkich warunkach jakie na nim panują.

Osoba, która czyta tego bloga systematycznie od deski do deski powiedziałaby, że to kolejna porażka w moim niedługim życiu. Przyznaję rację. Była to jedna z wielu trudnych lekcji w moim życiu, z której wyciągnąłem dużo wniosków i nabyłem sporo doświadczenia.

Po tym wydarzeniu wróciłem z powrotem do projektowania stron internetowych. Dostałem ciekawą propozycję pracy, o której pisałem już w innym wpisie i zacząłem się powoli fascynować zarządzaniem projektami. Po paru latach małych praktyk, zadecydowałem, że tym ostatecznie chcę się zająć. Zacząłem szukać ludzi do mojej grupy: programistów, koderów, grafików i kiedy złożyłem pełną grupę – zabrałem się do roboty.

W ciągu tych kilku lat mojej pracy i rozwoju, miałem niesamowitego fuksa. Wydaję mi się, że kluczem do małego sukcesu, jaki powoli zaczynam osiągać było to, że praktycznie zawsze mówiłem “tak, zróbmy to!” (polecam obejrzenie filmu “Yes man” / “Człowiek na tak”), przez co zdobyłem dużo bardzo ciekawych i fajnych kontaktów wśród osób, które przez te kilka lat pomagały mi w mniejszy lub większy sposób.

Bywały też ciężkie chwile. Jakiś czas temu, byłem tak zawiedziony pewną sytuacją, że chciałem już dać sobie jakąś półroczną przerwę i ochłonąć. Wtedy, podczas pewnej imprezy spotkałem mojego bardzo dobrego znajomego, który służył mi często bardzo cennymi radami.

Opisałem mu swoją całą sytuację. Dostałem od niego odpowiedź na pytanie “co zrobić, żeby iść wyżej, szybciej z większą dokładnością i wyraźniejszym profesjonalizmem?”. Kiedy myślę nad tą odpowiedzią, dochodzę do wniosku, że była Ona banalna i oczywista. Poszerzyć widełki ryzyka (tak długo, jak nie pojawią się za tym kłopoty finansowe – mowa o kredytach), usunąć słabe ogniwa i pracować nad silnymi stronami.

Po ponad pół roku wdrażania i pracowania nad tymi zmianami, ruszyłem.