Fake it until you make it – part 1
Na wielu blogach motywujących, których mam przyjemność czytać, w komentarzach wiele razy czytelnicy zadawali dotykające wiele tematów, jednak bardzo konkretne pytanie “jak zacząć i zrobić pierwszy krok?”. Każdy z nas ma jakieś marzenia. Jak rozpocząć drogę do ich spełnienia?
Nie będę tu narzekał i kłócił się z dosyć powszechnym stereotypem w naszym kraju “Panie, bo w Polsce to garba da się dorobić!”. To podejście wszyscy znamy, dlatego nie ma sensu się nad tym rozpisywać.
Dzisiaj chciałbym udowodnić, że jeśli się czegoś bardzo chce, ma się pomysł i siły do działania, to bez względu na to, jakie przeciwności losu staną nam na drodze i tak uda nam się osiągnąć nasze cele. Nie będzie to wpis przytaczający historie znanych osobistości w stylu “od zera do miliardera”. Jest to osobisty wpis dotyczący mojej osoby i ostatnich pięciu lat, które mają ogromny wpływ na moje teraźniejsze życie.
Wszystko zaczęło się parę lat temu. Jako świeży, szesnastoletni licealista zafascynowany informatyką zacząłem poszukiwać swoich pierwszych źródeł zarobku. Ze względu na to, że najbardziej z wszystkich tematów informatycznych zainteresowało mnie pisanie stron internetowych, założyłem wraz z czterema znajomymi mały portal z recenzjami, kodami, nowinkami o grach komputerowych. Stronę w ciągu połowy roku działalności odwiedzono 2200 razy, co było dla mnie pierwszym, małym sukcesem. Po naturalnej śmierci serwisu spowodowanej różnicą zdań w zespole, doszedłem do wniosku, że jeszcze nie czas na tego typu projekty.
Mimo dosyć krótkiego działania tego serwisu i niezbyt dużej skali oglądalności, powoli zacząłem odkrywać potencjał Internetu. Kupiłem dwie książki dotyczących tematu kodowania stron internetowych i rozpocząłem swoją naukę. Po jakimś czasie znajomi, którzy zauważyli moje zainteresowania poprosili mnie o zaprojektowanie dwóch serwisów, opartych o prosty system zarządzania treścią z estetyczną grafiką nawiązującą do tematu serwisu. Ze względu na bezpłatne świadczenie tej usługi oraz brak środków własnych, które mógłbym przeznaczyć na grafika, zakupiłem książkę o Photoshopie i na darmowej wersji programu uczyłem się tajników grafiki cyfrowej. Po paru tygodniach ciężkich prac, powstały dwa serwisy cieszące się sporym odzewem wśród czytelników tych serwisów. Nie zyskałem ani złotówki ale byłem bogatszy o nowe doświadczenia w projektowaniu szablonów graficznych, cięciu ich wg obowiązujących w internecie standardów sieciowych oraz pisaniu skryptów do zarządzania tymi serwisami.
Parę miesięcy później skończyłem liceum i w szybkim czasie stałem się dumnym studentem pierwszego roku studiów na wydziale informatycznym. Z powodu małych środków, które miałem przeznaczone na życie w Krakowie, jeszcze w trakcie wakacji, przed rozpoczęciem studiów zacząłem rozglądać się za jakąś pracą. Moje doświadczenie jak na 19latka nie było zbyt imponujące. Kilkanaście zaprojektowanych “stronek”, dwa miesiące przepracowane w biurze w jednym z hipermarketów jako “wklepywacz danych” lub oficjalnie “pracownik działu automatycznych zamówień”, parę konkursów w trakcie liceum i nieźle zdana matura rozszerzona z języka angielskiego – to wszystko co mogłem wpisać do CV.
W wielkim i póki co obcym mieście z taką listą doświadczeń ciężko było znaleźć pracę, którą mógłbym pogodzić z trudnymi studiami dziennymi. Miałem jednak coś, co wyróżniało mnie wśród moich rówieśników. To była moja tajna broń
Ogromny zapał, chęć do pracy i nieograniczona wiara we własne siły. Mimo częstego zastanawiania się “czy się uda?” wysyłałem CV do przeróżnych potencjalnych pracodawców.
Tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego dowiedziałem się, że w pewnej gazecie organizującej co roku konkurs giełdowy dla gimnazjalistów i licealistów w całej Polsce poszukują osób do prowadzenia kolejnego konkursu giełdowego. Ze względu na to, że moją dobrą znajomą była osoba, która miała brać udział w tym projekcie, poprosiłem o możliwość umówienia mnie z jej szefem, organizującym ten konkurs. Pomimo młodego wieku, nie bałem się spróbować aplikować do jednego z największych wydawców dzienników w Polsce.
Moja znajoma tak jak ją poprosiłem, przesłała CV swojemu szefowi, bez składania jakichkolwiek gwarancji czy obietnic. Po paru tygodniach oczekiwania na odpowiedź zostałem umówiony na spotkanie z osobą, która miała organizować ten konkurs. Zdawałem sobie sprawę z szansy, jaka mi się trafiła i za wszelką cenę nie chciałem jej zaprzepaścić.
Na umówionym spotkaniu został mi przedstawiony cały projekt, oraz wszystkie obowiązki związane z pracą. Starałem się zaprezentować z jak najlepszej strony i mimo wszelkich starań dowiedziałem się od swojego rozmówcy, że projekt jest na tyle duży, a moje studia i pierwszy rok są tak trudne, że nie dam rady.
Po praktycznie godzinnym prezentowaniu swoich atutów, przedstawianiu pozytywnych stron, jakie mogłem wnieść do konkursu, oraz uświadomieniu rozmówcy o znajomości wad i zalet tego konkursu od środka (ze względu na mój udział w nim w czasach liceum), mój przyszły szef z wielkimi obawami zaufał mi i dał szansę. To był przełomowy dzień w moim życiu. Czułem, że złapałem Pana Boga za pięty. Zostałem oficjalnym opiekunem konkursu finansowego, organizowanego przez jedną z największych spółek w Polsce.
Wspominając tamte czasy, do dzisiaj uważam, że był to jeden z najfajniejszych okresów w moim życiu. Mieszkanie w Krakowie, comiesięczna stała i niemała (jak na 19latka) pensja i telefon służbowy zawróciły mi w głowie. Poczułem się jak młody bóg. Zafascynowanie nowym środowiskiem w pracy, ludźmi, którzy praktycznie w 100% byli ode mnie dużo starsi; dziennikarzy, specjalistów, redaktorów, zapoczątkowało moje zamiłowanie do pracy. Każdego dnia z uśmiechem na ustach szedłem najpierw na uczelnię, a z uczelni w przerwie między zajęciami – do pracy. Po paru tygodniach stałem się pracoholikiem i praktycznie od rana do późnego wieczora spędzałem swój czas, robiąc to co lubię – czyli zajmując się giełdą, finansami oraz Internetem.
Z powodu tak dużego zafascynowania tyloma niesamowitymi osobami w pracy, powoli, jednak systematycznie zacząłem zaniedbywać studia, co doprowadziło do tego, że na własne życzenie z nich zrezygnowałem na rzecz pracy. Bez względu na to, że po paru latach udało mi się postawić na swoim, wiem, że był to błąd i, że nie powinienem podejmować takiej decyzji. Niestety byłem nieodpowiedzialny i zbyt dziecinny, żeby to wtedy zrozumieć.
Pomimo znanego mi zakresu obowiązków, aby zostać zauważonym, starałem się ze wszystkich sił wyręczać moich współpracowników z tych zadań, w których miałem już doświadczenie. Nie zważając na brak wymagań w umowie, zajmowałem się sprawdzaniem bezpieczeństwa aplikacji gry giełdowej; poprawianiem jej funkcjonalności/użyteczności, projektowaniem bannerów i plakatów, co w tak wielkiej korporacji było sporym atutem.
Wszystko było piękne, jak z bajki, do momentu w którym konkurs się skończył. Przeżyłem niemałe otrzeźwienie w dniu, w którym doszło do mnie, że za niedługo okres umowy się zakończy i najprawdopodobniej nie będzie dla mnie miejsca przy innych projektach. Niewiele myśląc zadecydowałem od razu po zakończeniu konkursu wyjechać do Anglii i tam pracować. Zakładałem dwie opcje do wyboru: pięć krótkich miesięcy pracy w celu dorobienia się jakiejś gotówki, lub rok przerwy w studiach i około 17 miesięcy pracy na wyspach.
Bajkowe nastawienie, które towarzyszyło mi przez okres pracy przy konkursie przeniosło się na wyjazd do Anglii. Byłem tak pewny siebie, że nie dopuszczałem innej możliwości niż sukces na wyspach i wielkie (jak na nastolatka) pieniądze przywiezione do Polski. Dzięki znajomości mojej dobrej koleżanki, dostałem pracę w pewnej hurtowni telefonów komórkowych. Była to normalna praca fizyczna, 8 godzin dzień w dzień – te same obowiązki. Ze względu na to, że pracowałem w miejscu, w którym było dużo telefonów komórkowych, zakazano wszystkim pracownikom wnoszenia na teren pracy swoich komórek. Każdego dnia o godzinie 7 rano wyłączałem swój telefon. Po pięciu tygodniach pracy, w dniu swoich urodzin, kiedy zorientowałem się, że moja rodzina i przyjaciele z Polski najprawdopodobniej wysłali mi życzenia, zacząłem przesłuchiwać swoją pocztę głosową. Wcześniej, ze względu na przyzwyczajenie wyniesione z kraju – wyłączoną pocztę głosową – zapomniałem o istnieniu tejże sekretarki na angielskim numerze.
Po którejś wiadomości z rzędu, “angielska sekretarka” przeczytała mi wiadomość, która w tłumaczeniu na j.polski mniej więcej brzmiała tak: “Witaj Piotrze, dziękujemy Ci za złożenie aplikacji do naszego biura pośrednictwa pracy, znaleźliśmy dla Ciebie fajną pracę w nowym biurze, gdzie pracodawca mógłby wykorzystać twoje informatyczne umiejętności. Oddzwoń jak tylko odbierzesz tą wiadomość”. Odczytałem tą wiadomość jeszcze raz i wtedy doszedł do mnie fakt, który niczym lodowaty prysznic sparaliżował moje myślenie na dobrych parę minut. Wiadomość została wysłana 3 tygodnie temu.
Nie zastanawiając się następnego dnia poprosiłem swojego szefa o dzień wolny od pracy i pojechałem do pośrednika, który zostawił dla mnie wiadomość. Po 15minutowej rozmowie po angielsku, okazało się, że Michael, z którym rozmawiałem był… polakiem. Przez cały kwadrans starałem się za wszelką cenę uzyskać od niego jakiekolwiek informacje na temat tej firmy, niestety jedyne czego się dowiedziałem, to to, że taka oferta pracy zdarza się w tego typu biurach raz na pół roku. Michał obiecał mi, że gdy tylko dostanie podobną ofertę od razu się do mnie zgłosi. Pomógł mi także i wskazał miejsca, w których pośrednicy pracy szukają tylko i wyłącznie pracy w biurze.
Bez chwili zastanowienia, z kilkoma adresami rozrzuconymi po różnych stronach miasta, poszedłem do najbliższego sklepu zaopatrzyć się w mapę. Z wielkim zaangażowaniem i malejącą wiarą w siebie odwiedzałem kolejno każde wskazane przez Michała biuro. Niestety, wymogiem zdobycia pracy w biurze (każdego pośrednika pracy), było minimalne 3miesięczne doświadczenie zdobyte w pracy… w biurze. Ze względu na tego typu przepisy wiedziałem, że praktycznie bez naprawdę wielkich umiejętności wpisanych w CV, nie jestem w stanie wybić się w krótkim czasie i dostać lepszą pracę od obecnej.
To była niesamowita lekcja pokory. Z bajkowego klimatu zaczerpniętego z paru miesięcy pracy przy konkursie, klimat zmienił się w rutynę: dzień w dzień o tej samej godzinie przychodziłem do tego samego miejsca i pracowałem, jak zapętlony wykonując 800-1000x dziennie to samo zadanie.
To był kolejny moment przełomowy w moim życiu. Musiałem podjąć decyzję: zostać i starać się z wszystkich sił, mając małe szanse, czy wrócić do Polski i rozpocząć wszystko od nowa. Zdecydowałem się wrócić do Polski.
Po moim małym sukcesie związanym z konkursem, przyszedł czas na porażkę, którą musiałem zaakceptować. Nie udało mi się osiągnąć tego, co chciałem na wyspach.
Przyleciałem do Polski, kupując szczęśliwie bilet, za równowartość 5paczek czerwonych Marlboro (paliłem wtedy jak smok) i zacząłem wszystko od nowa. Komentarzy prześmiewczych w moją stronę nie byłem w stanie nie zauważyć. Mimo wszystko byłem zadowolony z tego, że spróbowałem, nie bałem się zaryzykować i dostałem dużą, życiową lekcję.
Przyleciałem do Polski i moim pierwszym, najważniejszym zadaniem, które musiałem wykonać było odzyskanie zaufania mojej rodziny, która pokładała wielkie nadzieje, w moich studiach. Przed wyjazdem zarzekałem się, że wiem co robię i kolejny raz udowodnię im, że mam rację. Niestety, jak już wiecie… było inaczej.
Musiałem wręcz przyrzec swojej rodzinie, że dostanę się na studia i bezproblemowo zdam wszystkie egzaminy i zaliczę pierwszy rok. Co wyszło z tego planu? Przeczytacie o tym w następnym wpisie.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się pierwszy o kolejnym wpisie, kontynuującym tę historię, zapisz się do subskrypcji kanału RSS mojego bloga, by dostawać informację o nowym wpisie od razu po jego opublikowaniu. Możesz to zrobić klikając na pomarańczowy prostokąt z licznikiem, znajdujący się po prawej stronie na górze mojego bloga. Dziękuję!
Ciekawa historia, dzięki za podzielenie się Twoimi doświadczeniami. Czekam na drugą część.
Bardzo życiowy wpis, jak widać trzeba czasami dostać od życia porządnego kopa żeby zrozumieć co jest naprawdę ważne. Fajnie, że zechciałeś się podzielić swoimi doświadczeniami z nami. Również z niecierpliwością czekam na kolejną część.
Heh jakbym czytał swoje “przygody”. Co prawda za granicą nie pracowałem i studiów nie rzuciłem, ale za to już raz zbankrutowałem
Uczmy się z porażek, bo to najlepsza lekcja, jaką oferuje nam życie. Zawsze w takich momentach powtarzam sobie cytat Churchila: “Sukces to przechodzenie od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu”.
Pozdrawiam
@Marcin & Cinex: Dzięki
Zobaczymy co powiedzie po drugiej i trzeciej części.
@Cinex: kop od życia jest czasami dobry, byleby nie był za mocny
@dedek: Ja też przygotowałem sobie do tego wpisu pewien cytat, w ostatniej części będzie on podsumowywał całą moją 4-letnią historię. Również jestem już po jednym bankructwie mojego jednego projektu ( i nie mówię tu o sklepie internetowym z kolczykami mojej dziewczyny o którym pisałem ), ale akurat o tym nie chcę pisać.
To był pierwszy biznes, legalna działalność gospodarcza założona przez parę osób. Ja miałem wtedy 17 lat i byłem odpowiedzialny za kontakt z klientem. Niestety, popełniliśmy dużo błędów i działaliśmy bez żadnego planu. To doprowadziło do porażki, która akurat wtedy nie bolała aż tak bardzo jak te, które mi się przydarzyły w trakcie historii, którą Wam właśnie na blogu przedstawiam
Niestety tak to w życiu jest. Czasami wydaje się nam, że świat mamy u stóp, a chwilę później dostajemy potężnego strzała, który sprowadza nas do parteru. Życie to nie bajka, chciałoby się rzec:). Czasami trzeba zrobić krok w tył, żeby później udały się nam dwa do przodu. Z wiekiem człowiek uczy się trochę ograniczać swój apetyt, co pewnie jest wynikiem porażek, które nieuchronnie przychodzą:)
pozdrawiam
@Piotrek
to coś jak hossy i bessy na giełdzie. Nawet dobra spółka czasem spada a odrobienie strat kursu zajmuje 1-2 lata. Tak samo jak nam coś idzie dobrze, to myslimy, że dalej też tak będzie. Kiedy pojawiaja się trudnosci, które przeplatają nasze sukcesy, wtedy się lepiej rozumie, że nie ma sie wielkiej kontroli nad naszym życiem, zwłaszcza w tym stopniu w jakim zależy ono od innych.
Najważniejsze, że nic się Tobie nie stało, nie miałeś makabrycznych przeżyć, tylko po prostu wróciłeś, zapewne jak tysiące ludzi w podobnej sytuacji. Sam też wyjeżdzałem do pracy na wakacje przez kilka lat w trakcie studiów, ale na szczeście na piątym roku znalazłem dogodną pracę w Polsce i zostałem.
Gdyby nie to ostatnie, teraz pewnie bym pracował fizycznie w UK, różwnież starajac się o posadę biurową, mimo że nie miałbym takiego doswiadczenia.
@zdzichu: to prawda. Zdarzają się czasami pewne sytuację, nad którymi nie mamy kontroli. Gdybyśmy chcieli ją mieć, musielibyśmy czuć całą tę teorię chaosu, umieć zauważać pewne drobne czynniki, które później nabierają wielkiej siły.
Nic mi się nie stało, ponieważ szybko się krótko mówią ewakuowałem. Podczas tego wyjazdu poznałem kilka osób, które w ciągu niecałego roku pobytu w Anglii mocno popsuły swoje plany i cele. Z ich opowiadań wynikało, że jak już się wpadnie w UK w kłopoty, to bardzo ciężko jest z nich wyjść. To był jeden z głównych czynników, który zadecydował o mojej decyzji i powrocie.
Ja szczerze mówiąc z Polski nie chcę wyjeżdżać. Zrobiłbym to, gdybym musiał, ale póki co (na całe szczęście) mam na tyle atrakcyjną sytuację, że mogę w miarę ze spokojem zajmować się swoim biznesem i samorozwojem. Liczę na to, że nawet (w czarnym scenariuszu) jeśli z biznesem mi się nie uda, to w ciągu tych paru lat nabędę na tyle interesujące i wartościowe doświadczenie, które zostanie w przyszłości zauważone i docenione przez potencjalnego pracodawcę
Póki co staram rozwijać się w tym kierunku, aby w przyszłości być po drugiej stronie na rynku pracy – być pracodawcą.