Home > Poradniki > Fake it until you make it – part 3

Fake it until you make it – part 3

Sierpień 28th, 2009 Zostaw komentarz Idź do komentarzy

Poniższy tekst jest kontynuacją wpisów “Fake it until you make it – part 1” oraz “Fake it until you make it – part 2

Jak się pewne domyślacie, złamałem swoją obietnicę i przyjąłem propozycję pracy. Ze względu na swoje zasługi z poprzedniej pracy przy konkursie, dostałem większe wynagrodzenie z większym zakresem obowiązków. Byłem odpowiedzialny za pomoc przy projekcie, betatestowanie i zarządzanie nową aplikacją giełdową.

O ile złamałem swoją obietnicę o nieprzyjmowaniu żadnej poważnej pracy na czas studiów, o tyle starałem się z wszystkich sił sprostać moim zobowiązaniom. Pracowałem i uczyłem się dniami i nocami, pijąc niezliczone hektolitry kawy, napojów energetyzujących, paląc przy tym dwie paczki dziennie ulubionych, czerwonych papierosów.

Dawałem radę. Mało kto mi wierzył, ale robiłem wszystko, żeby zaliczać kolokwia, nie mieć zaległości i problemów. Przez 3 miesiące pracowałem i uczyłem się, przekraczając moje granice wytrzymałości, tuningując je różnymi napojami energetyzującymi. Po trzech miesiącach takiego stylu życia, nieprzejmowania się mniejszymi i większymi choróbskami i ciągłą pracą, tuż przed rozpoczęciem sesji zimowej odporność mojego organizmu spadła do zera. Na parę dni przed najważniejszymi egzaminami z matematyki, wylądowałem w łóżku z gorączką. To był zły znak.

Po pojechaniu do pierwszego lekarza i otrzymaniu antybiotyku liczyłem na to, że wyzdrowienie zajmie mi maksymalnie 10 dni i będę mógł spokojnie podejść do kolejnego i zarazem ostatniego terminu egzaminu. Myliłem się.

Po kolei pierwszy, drugi, trzeci i czwarty antybiotyk na mnie nie działał. Mój tryb życia doprowadził do całkowitego załamania odporności organizmu. Dopiero po piątym bardzo silnym i mocnym antybiotyku, zostałem wyleczony. Trwało to 7 tygodni. Nie było już szans na zaliczenie sesji. Stare zaległości w postaci najtrudniejszych egzaminów, oraz nowe zaległości w postaci materiału z drugiego semestru doprowadziły do sytuacji, w której zostałem wyrzucony ze studiów.

Szykował się replay z zeszłego roku, jednak wiedziałem, że tym razem nie wyjadę za granicę, a będę starał się utrzymać z pracy w Krakowie, zdobywając ciągłe doświadczenie i pracując nad sobą. Po raz kolejny w mniejszy lub większy sposób zawiodłem swoją rodzinę.

Konkurs, którym się zajmowałem dochodził już do końca i praktycznie nie wiedziałem co ze sobą począć. Zacząłem odnawiać kontakty u swojego poprzedniego pracodawcy, by spróbować zatrudnić się z powrotem w firmie zajmującej się elektroniką. W trakcie poszukiwań następnej pracy, zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno kierunek studiów, który dwukrotnie sobie wybrałem, były dobrym wyborem. Zacząłem patrzeć w przyszłość i zadawać sobie pytanie: czy to chcę w życiu robić? Z jednej strony interesowała mnie informatyka, projektowanie stron www, programowanie etc. z drugiej strony, moje studia w dużej mierze były głównie skupione na elektronice, która już nie wzbudzała u mnie takiego zainteresowania.

Postawiłem wszystko na jedną kartę i zadecydowałem iść w kierunku swoich zainteresowań związanych z giełdą i finansami, w których czułem się jak ryba w wodzie. Zadecydowałem złożyć papiery na kierunek ekonomiczny – Zarządzanie Finansami. Niestety, duża część mojej rodziny nie rozumiała mojego wyboru, ponieważ znali oni dosyć popularny stereotyp mówiący, że ekonomistów w tym kraju jest już tak wielu, że tak naprawdę uczelnie ekonomiczne to fabryki bezrobotnych. Mimo wszystko, razem z moją kobietą wspierali mnie i zaakceptowali mój wybór.

Kwestie studiów miałem praktycznie rozwiązaną, niestety co do pracy, sytuacja była nadal niejasna. Jednak nagle, z niewiadomej strony pojawił się zwrot akcji. Oddział Warszawski, który “z góry” dowodził całym konkursem, był zadowolony z aplikacji, którą miałem przyjemność projektować i zarządzać jej jakością.

Dostałem propozycję pracy zdalnej w Warszawie, przy innej, nowszej aplikacji. Byłem pod opieką nowego szefa, który już po dwóch tygodniach, delegował mi szereg uprawnień do zarządzania projektem, którym się opiekowałem. Miałem wolną rękę, mogłem pracować w dzień/w nocy. Byłem terminowy. Pracowałem przy projekcie prawie rok i dostawałem informację, że świetnie się spisuję. Po paru miesiącach, dowiedziałem się o nowym projekcie, jeszcze bardziej zaawansowanym, którym mam się zajmować. Zostałem zaproszony na spotkanie do siedziby w Warszawie, podczas którego brałem udział w organizowaniu i projektowaniu założeń przyszłej aplikacji. Po raz kolejny czułem, że świat należy do mnie i wszystko jest na dobrej drodze.

Wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że nie mam się czym martwić. Na moim nowym kierunku miałem już zaliczoną sesję zimową w pierwszych terminach. Nadeszło jednak coś, czego nie spodziewałem się w żadnym najgorszym śnie. Ze względu na ogólnoświatowy kryzys finansowy, sponsor nowej aplikacji, niezależny od mojego pracodawcy, tnąc koszta i przygotowując się na rozwój kryzysu w Polsce zrezygnował z projektu, który miałem prowadzić.

Po zakończeniu mojego dotychczasowego projektu, dowiedziałem się, od swojego szefa, który zawsze był sprawiedliwy i szczery w stosunku do mnie, że budżet na mój projekt został wyczerpany i do czasu zakończenia kryzysu ze względu na oszczędności, skończyły się pieniądze na moje stanowisko. Zakończył się na nieokreślony czas, najlepszy etap w moim życiu…

… i rozpoczął się nowy. Pracując nad projektami dla mojego pracodawcy, chciałem rozwijać się na innych płaszczyznach, związanych z moimi zainteresowaniami i moją pracą. Założyłem grupę interaktywną, która projektowała na umowy-zlecenie aplikacje internetowe dla krakowskich firm. Tylko i wyłącznie dzięki temu “backup’owi” byłem w stanie utrzymać się w Krakowie po skończeniu poprzedniej pracy. Po rocznym doświadczeniu z moją grupą, przeistoczyłem ją w normalną firmę. Założyłem agencję interaktywną, na początek z ośmioosobowym zespołem.

Po paru latach pracy, najpierw przy kodowaniu, później programowaniu, a następnie przy projektowaniu szat graficznych, skończyłem na pracy przy projektach, ich planowaniu i w mniejszym lub większym stopniu zarządzaniu nimi. I to jest to. Złapałem bakcyla. Zacząłem czytać wszelkie dostępne materiały o zarządzaniu projektami IT, zarządzaniu jakością i sprzedażą software’u. I na dzień dzisiejszy to chcę w życiu robić.

Założyłem spółkę wraz ze znajomym, z którym bardzo dobrze mi się pracowało w ciągu niekrótkiego okresu naszej poprzedniej współpracy i otworzyliśmy wspólnie agencje, zbierając najlepszych możliwych fanatyków naszego hobby: projektowania zaawansowanych aplikacji webowych.

Aktualnie zajmuję się planowaniem, organizowaniem i zarządzaniem projektami, zasobami i ludźmi w naszej firmie; tworzeniem strategii i wieloma innymi, fascynującymi rzeczami, które mnie niesamowicie jarają. Jestem już jedną nogą na drugim roku studiów ekonomicznych, na których uczę się z przyjemnością tego, co mnie w 100% interesuje, gdzie mam bezpieczną pozycję i jedyną moją troską jest zaliczenie zaległych dwóch z sześciu egzaminów.

Jeśli cokolwiek pójdzie nie po mojej myśli lub coś się nie uda, będę walczył dalej.

Swoją historię, chcę zakończyć cytatem z nieznanego mi filmu, który otrzymałem od mojej znajomej, który odzwierciedla moje podejście.

“You’re at war. “It’s not personal, it’s business. It’s not personal it’s business.” Recite that to yourself every time you feel you’re losing your nerve. I know you worry about being brave, this is your chance. Fight. Fight to the death.”

  1. Sierpień 28th, 2009 at 08:10 | #1

    “I to jest to. Złapałem bakcyla. Zacząłem czytać wszelkie dostępne materiały o zarządzaniu projektami IT, zarządzaniu jakością i sprzedażą software’u. I na dzień dzisiejszy to chcę w życiu robić” – zauważyłem, że najtrudniejsze w biznesie to chyba znaleźć to, co chce się robić. Gratuluję Ci, że już to znalazłeś. Póki nie odkryje się tego “odpowiedniego” pomysłu nie da się chyba prowadzić biznesu na poważnie.

  2. Sierpień 28th, 2009 at 09:32 | #2

    Nom naprawdę gratulacje za wszystkie 3 bardzo życiowe wpisy. Można by powiedzieć, że jestem w bardzo podobnej sytuacji. Tylko, że wcześniej, bo jeszcze przed maturą.

    A jako, że wpis dotyczy indywidualnej drogi którą obrałeś to liczę, że może i mi coś podpowiesz? Otóż obecnie będę w maturalnej klasie technikum elektryczno-elektronicznego na profili informatycznym. Jeżeli zdam egzamin zawodowy, to otrzymam certyfikat i tytuł technika informatyka. Jednak bardziej chcę skupić się na maturze. Ale niestety nie wiem co dalej.

    Interesuje się informatyką owszem, ale klasa o tym profili weryfikuje moje umiejętności. Pokazuje mi, że nie do końca jest to dla mnie (np. programowanie w c które ciężko mi idzie). Z drugiej strony od około roku bardzo zainteresowałem się finansami i wszystkim co z tym związane: giełdą, nieruchomościami, bankowością.

    No i teraz mam dylemat, bo się waham pomiędzy informatyką albo ekonomią? I nie wiem co wybrać. W przyszłości chciałbym pracować jako informatyk, webmaster, copywriter w agencjach interaktywnych lub coś w ten deseń (już teraz zaczepiam się nieco w firmie znajomego gdzie od czasu do czasu dostaje zleconko). Natomiast kompletnie nie widzę siebie w roli doradcy finansowego lub kogoś podobnego pokroju (na stałe). A wiedzę ekonomiczną chciałbym wykorzystać raczej do zarządzania swoimi pieniędzmi. I teraz pytanie jest takie, czy na ekonomii nauczę się czegoś wartościowego? Czy będę chodził tylko po tzw. “papierek”?

    Wiem, że trochę długi post, ale przy okazji takiej tematyki musiałem zapytać o zdanie. Co byście mi poradzili bo im mniej czasu do matury, tym więcej mam wątpliwości…

  3. Sierpień 28th, 2009 at 09:48 | #3

    Sam byłem w całkiem podobnej sytuacji, bo poszedłem na profil matematyczno-informatyczny planując, że pójdę na studia na informatykę. Później zmieniłem zainteresowania i miałem iść na filologię angielską a ostatecznie zdecydowałem się na zarządzanie. Myślę, że powinieneś wybrać taki kierunek, który Cię najbardziej interesuje nie patrząc na to czy później znajdziesz pracę na etacie – zawsze możesz założyć własny biznes. Wybierz to, co będziesz studiował z jakimś zainteresowaniem, a nie to, co będzie Cię nudziło. Mój kolega trafił na studia, które go nudziły – zrezygnował po pierwszym semestrze. I nie masz co liczyć, że studia nauczą Cię czegoś wartościowego – sam musisz się uczyć tego, co przydatne, bo po moim pierwszym roku studiowania nie nauczyłem się niczego praktycznego – sama teoria i sama nauka zdania egzaminu, a nie nauka wykorzystania tego na co dzień. Może później będzie coś bardziej sensownego, ale żeby doczekać tych ciekawszych zajęć trzeba się tym interesować.

  4. Sierpień 28th, 2009 at 11:28 | #4

    @Cinex: webmasterem, osobą pracującą w agencji interaktywnej możesz być nawet po historii muzyki. Tego typu agencje patrzą na umiejętności, doświadczenie, a nie na studia.

    Tak jak napisał Marcin, powinieneś iść na studia, które Cię zainteresują. Ja żałuję, że dopiero po 2 latach szukań znalazłem takie, które spełniają powyższy warunek.

    @Marcin: Może to kwestia uczelni, ja na swojej (AGH wydział Zarządzania) w ciągu pierwszego roku całkiem sporo się nauczyłem. Miałem możliwość wybrania w drugim semestrze zajęć prowadzonych po angielsku z Business Communication, z egzaminem pisemnym (również w tym języku), zdałem go całkiem nieźle i naprawdę sporo dowiedziałem się na ten temat.

    Dzięki BC nauczyłem się jak prowadzić rozmowy biznesowe, jak mailować ze swoimi kontrahentami, tak, aby każdy dostawał dokładnie te informacje, których potrzebuje i nie tracił swojego cennego czasu. Wydaję mi się, że to w przyszłości zaowocuje.

    W tym roku bardzo zainteresowała mnie również makroekonomia (ze względu na moje zainteresowania rynkami finansowymi), podstawy prawa, podstawy zarządzania i wiele innych.

    Wydaję mi się, że to naprawdę dobre studia ;-) A to, że będę kolejnym istnieniem w PL po zarządzaniu, mało mnie interesuje.

    W kwestiach własnych zainteresowań: to, że coś mnie interesuje teraz, nie oznacza, że za parę lat kiedy osiągnę już coś w tej dziedzinie nie będę starał się wejść na poziom wyżej ;-) Także u mnie to nie wygląda tak, że znalazłem już swoją dziedzinę i na niej do końca będę się skupiał. W przypadku mojej osoby (jak i pewnie u wielu z Was) wygląda to bardziej jak rozwijanie drzewa umiejętności niczym w grach rpg ;-)

  5. Radek
    Sierpień 28th, 2009 at 13:27 | #5

    Dobrze jak właśnie uda nam się połączyć to co lubimy robić z rozsądnymi zarobkami bo niestety nie zawsze tak jest…

  6. Sierpień 28th, 2009 at 17:56 | #6

    @Radek: w tym wieku zarobki nie mają aż takiego wielkiego znaczenia. Dla mnie wystarczająco satysfakcjonującą kwotą byłoby stałe 2tyś pln na łapę. Jak na studenta, to wystarczająca kwota, żeby coś miesiąc w miesiąc odłożyć i pozwolić sobie w miesiącu na parę szaleństw.

    Rzecz na której dużo bardziej się skupiam to rozwój i zdobywanie doświadczenia.
    Kiedy skończę studia i będę miał już te 8 lat doświadczenia w pracy, to wtedy będę mógł myśleć o szukaniu jakiegoś porządnego wynagrodzenia, czy to we własnym biznesie, czy w jakiejś pracy.

    Jeśli w ciągu miesiąca zarobię więcej niż oczekiwałem – to fajnie, jeśli mniej – też fajnie. Najważniejsze jest to, że w ciągu tego miesiąca zmierzyłem się z paroma dużymi problemami i je rozwiązałem :)

  7. Radek
    Sierpień 29th, 2009 at 00:56 | #7

    Dla mnie te 2tys to i tak by było dużo :) Jestem w ogóle ciekawy czy będę kiedykolwiek tyle zarabiać ;P

  8. Sierpień 29th, 2009 at 01:45 | #8

    @Radek: Wydaję mi się, że nie powinieneś być ciekawy czy kiedykolwiek będziesz tyle zarabiać. Powinieneś być pewny, że kiedyś będziesz zarabiać tyle, ale nie w skali miesiąca a na przykład w ciągu jednego dnia, czy godziny.

    Skoro innym to się udało, to dlaczego nam miałoby się to nie udać?

  9. Radek
    Sierpień 29th, 2009 at 09:30 | #9

    Bo ja nie siedzę w branży IT która obecnie rozwija się bardzo dynamicznie, a co za tym może przynieść spore zyski:) No nic zobaczymy co życie przyniesie. Na razie staram się kumulować gotówkę każdym sposobem. Mam nadzieje że starczy mi sił. Pozdrawiam

  10. Sierpień 29th, 2009 at 10:46 | #10

    Radek – więcej wiary w siebie! Jest sporo branż, które również rozwijają się bardzo dynamicznie. Wprawdzie większość z nich wymaga pewnego kapitału, ale to też da się zdobyć.

  11. Pan
    Wrzesień 16th, 2009 at 14:22 | #11

    Nie monitoruję bloga od początku, jedynie trafiłem na niego przez stronę Marcina (rentier-blog). Przeczytałem ten wpis jednocześnie przeglądając tylko rzutem oka nagłówki innych wpisów. Jak rozumiem jest to Twoja historia, zatem wnioskując, masz firmę (tudzież spółkę), która zatrudnia już ponad 8 pracowników (to był stan początkowy, zakładam że się rozwijasz). Jednocześnie prowadzisz wpisy o oszczędzaniu, gdzie, patrząc na wykresy, masz około 3000zł od roku i robisz podsumowanie co miesiąc. Być może pominąłem pewien konkretny wpis, informację, albo cokolwiek innego co by mnie naprowadziło na prawidłowe myślenie, ale wydaję mi się to albo trochę sprzeczne, albo prowadzisz te dwie rzeczy zupełnie osobno (firmę i samo opisywanie o oszczędzaniu).

    Mój tok myślenia: Osoba która zatrudnia w firmie ~10 pracowników chyba trochę inaczej operuje kwotami i inwestycjami.
    Dlaczego? Bo zakładając średni koszt firmy na poziomie 50k miesięcznie (powiedzmy 10 pracowników przy koszcie 4k (czyli brutto mniej więcej 3-3.5, do ręki około 2), do tego Twojej pensji (nawet znikomej), kosztów takich jak księgowość, bank, lokal, etc., rozciągłości rocznej działania firmy (złote strzały (projekty rzadkie, ale przynoszące zyski na dłuższy okres), okres wakacyjny (słaby zazwyczaj), 4 kwartał (realizacje zysków w firmach, korporacjach, itp), itp. – zapewne wiesz o co mi chodzi), operowanie na kwotach typu sto-dwieście złotych jest dość… znikome. Sto złotych? Tyle musisz zapewne wydać na wizytówki lub kiedy masz bardziej męczącego klienta na telefon ;) Pomijam wydatki z przyczyn losowych (awaria laptopa, serwera), wydatki eksploatacyjne (popsuty telefon, brak kartek w drukarce), czy też małe inwestycje (płytki CD?) – które masz co miesiąc cały czas w przypadku działania sensownego firmy.

    Gdzie mi umknęły poważne informacje?

    Pomijam fakt, że czytając ten wpis sprawiasz wrażenie osoby 25-30 letniej ;)

  12. Wrzesień 16th, 2009 at 19:04 | #12

    Witaj Pan ;-)

    Odpowiadając na pytanie: wykresy dotyczące oszczędności opisują moje zaskórniaki, którymi w przyszłości chcę operować, po powrocie na rynek finansowy. Bez względu na to, czy dokładam tu 100zł czy 300zł – oszczędzam i inwestuję. Nie chodzi o kwotę, chodzi o symbolizm.

    Co do mojej działalności, w ciągu ostatnich 4 lat stworzyłem kilka różnych projektów, które odnosiły mniejszy lub większy sukces lokalny czy krajowy. Nauczyłem się w tym czasie, że jedyną barierą w tworzeniu czegoś, jest moja wyobraźnia. Wszelkie bariery (m.in. finansowe), da się pokonać, jeśli się chce.

    Otaczam się ludźmi, którzy kochają tworzyć. Z takimi ludźmi też współpracuję. Aktualnie nie posiadam spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, a korzystam z usług Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości. Zamiast zatrudniać ludzi na etat, płacić im ZUS, szukam kreatywnych studentów/freelancerów, którym umowa zlecenie oraz opłata za wykonanie tego zlecenia w zupełności odpowiada.

    To wszystko o czym piszesz w górze jest prawdą, która czeka na zaistnienie w mojej przyszłości. Jednak mimo wszystko póki co staram się myśleć, że “da się” bez forsy, bez szerokich pleców itp. Staram się zarażać ludźmi z którymi pracuję wizją stworzenia czegoś, z niczego. I dzięki temu ograniczając koszta mogę się rozwijać i wchodzić powoli na kolejne stopnie wtajemniczenia.

    To, co wyżej napisałem nie oznacza wcale, że zamierzam cały czas w ten sposób prowadzić swój biznes. W moich planach jest przejście na spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, zatrudnienie stałej ekipy na normalny etat, wynajęcie pojemnego i klimatycznego biura, w którym będziemy mogli dawać upust swojej wyobraźni.

    Jednak na to wszystko przyjdzie jeszcze czas. Moim celem jest osiągnięcie tego w maksymalnie 3 latach. Co jeśli mi się nie uda? Za te 3 lata wyjdę z uczelni z ogromnym bagażem doświadczeń, mając dużą wartość na rynku pracy.

    Google.com powstało jeśli dobrze pamiętam w garażu, po kilku miesiącach ciężkich prac. Amazon.com był małą księgarnią. Jest wiele przykładów biznesów, które były tworzone w oparciu tylko i wyłącznie na kapitale ludzkim. Taki też biznes zamierzam tworzyć, a później je rozwijać.

  13. Pan
    Wrzesień 17th, 2009 at 09:31 | #13

    Oczywiście, zgadzam się co do Twojego podejścia finansowego, bez, jak to nazwałeś szerokich pleców (nazwałbym to po prostu kontaktami, o które się trzeba starać), już może ciężej, ale też ok.

    Po części odpowiedziałeś na moje pytanie. Zakładałem, że założyłeś firmę (bo tak z tego co pamiętam to określiłeś, że jest to agencja interaktywna), która zatrudnia ludzi, ma stałe dochody, zlecenia, klientów, itp. Było to jednocześnie sprzeczne z Twoimi wpisami (tu firma, a tu inkubator? będąc rekinem nie je się płotek). Jeśli mogę interpretować Twoje wypowiedzi w kontekście “między wierszami”, to chodziło o jakiś projekt mniejszy lub większy i to wszystko. Z Twojego opowiadania objawił mi się obraz czegoś co już jest, a tak naprawdę to jest to, do czego chcesz dążyć za 3 lata ;)

    Google i Amazon są fajnymi przykładami, często cytowanymi, które nie mają dużego przełożenia na rzeczywistość obecną ;) Nie dlatego, że nie wierzę, ale dlatego że ich nacechowanie to innowacyjność, która objawia się dzisiaj, a nie wczoraj. Zatem są to przykłady że można, a nie że tak samo.

  14. Wrzesień 17th, 2009 at 13:16 | #14

    Tak, masz rację. Na razie jestem w trakcie tworzenia agencji interaktywnej. Wychodzę z założenia, że ten proces będzie tak naprawdę ciągły i nieskończony.

    Inkubator daje mi możliwość znalezienia dobrych klientów w ciągu dwóch lat, zaplanowania całej struktury firmy i tak naprawdę odnalezienia się na całym rynku reklamy. Poza tym, będąc w inkubatorze mogę jednocześnie działać i starać się o dotację z unii europejskiej.

    Dzięki temu mogę jeść ciastko, mieć ciastko i starać się o jeszcze smaczniejsze ciastko ;-)

    Po Twoim adresie, rozumiem, że jesteś właścicielem agencji IT i najprawdopodobniej jesteś już na rynku przynajmniej ok. 5lat, działając w ten sposób, o którym pisałeś w poprzednim komentarzu.

    Z mojej strony mogę pogratulować odniesienia sukcesu, przetrwania na rynku w obecnych czasach. Zazdroszczę zdobytego doświadczenia i wiedzy. Ale na wszystko przyjdzie jeszcze czas.

  15. Pan
    Wrzesień 17th, 2009 at 16:57 | #15

    Tworzenie agencji to jedno, jej rozwój – który faktycznie trwa, dopiero jest ciągły i (miejmy nadzieję ;) ) nieskończony – to drugie. Dlaczego? Bo aby stworzyć musisz mieć plan początkowego działania, założeń z czego się utrzymasz, w którą stronę podążasz, itp. Aby rozwijać – tutaj już faktycznie nie ma ograniczeń.
    Ok, wiem wiem, Ty piszesz poetycko, a ja czysto realnie, ale chyba na tym to polega ;)

    Wszystkie elementy które daje Ci inkubator możesz osiągnąć też samemu… ale zgadzam się, życie należy ułatwiać i korzystać z okazji.

    Tak, jestem właścicielem, ale nie agencji, a bardziej software house. Na rynku jako ja jestem od… 10 lat, jako firma od 2.5, z czego intensywny jej rozwój zacząłem 1.5 roku temu. Ale dość już o tym, bo zaczyna brzmieć jak reklama, a to nie mój blog ;) Możemy ewentualnie przenieść rozmowę na bardziej prywatne kanały.

    Dziękuję za gratulacje. Wiedzę i doświadczenie zdobędziesz jeśli będziesz wytrwały jak (wnioskuję) dotychczas. Dla lepszej motywacji – jestem niewiele starszy od Ciebie.

  16. Wrzesień 17th, 2009 at 17:31 | #16

    Nie nazwałbym tego poetyckim pisaniem. Piszę po prostu ogólnikowo, ponieważ uważam, że są pewne kwestie, które powinienem zachować dla swojej świadomości.

    Bardziej motywujące jest dla mnie to, że w ciągu 2.5 lat osiągnąłeś taką a nie inną pozycję. Ja stawiam sobie za cel trzy równe lata. Zobaczymy, jak się wszystko potoczy.

    Na pewno odezwę się, kiedy oficjalnie wystartuję ze stroną. Tak czy inaczej, powodzenia ;-)

  17. JoasiaM
    Wrzesień 21st, 2009 at 16:22 | #17

    “You’ve got mail” z Meg Ryan i Tomem Hanksem.

  18. K.O.ncrette@o2.pl
    Wrzesień 28th, 2009 at 18:54 | #18

    cytat jest tak na prawdę dwoma cytatami. Jako całość to wywód z filmu “You’ve got Mail”. To, co w ciapkach to cytat z książki M. Puzo- Ojciec Chrzestny. Jeżeli nie czytałeś, to zachęcam. Uważam, że jest to książka, którą powinieneś przeczytać. Z pewnością natchnie Cię i da pozytywnego kopa i kilka solidnych przemyśleń.

  1. Brak jeszcze trackbacków