Archiwum

Archiwum dla Sierpień, 2009

Fake it until you make it – part 3

Sierpień 28th, 2009 18 comments

Poniższy tekst jest kontynuacją wpisów “Fake it until you make it – part 1” oraz “Fake it until you make it – part 2

Jak się pewne domyślacie, złamałem swoją obietnicę i przyjąłem propozycję pracy. Ze względu na swoje zasługi z poprzedniej pracy przy konkursie, dostałem większe wynagrodzenie z większym zakresem obowiązków. Byłem odpowiedzialny za pomoc przy projekcie, betatestowanie i zarządzanie nową aplikacją giełdową.

O ile złamałem swoją obietnicę o nieprzyjmowaniu żadnej poważnej pracy na czas studiów, o tyle starałem się z wszystkich sił sprostać moim zobowiązaniom. Pracowałem i uczyłem się dniami i nocami, pijąc niezliczone hektolitry kawy, napojów energetyzujących, paląc przy tym dwie paczki dziennie ulubionych, czerwonych papierosów.

Dawałem radę. Mało kto mi wierzył, ale robiłem wszystko, żeby zaliczać kolokwia, nie mieć zaległości i problemów. Przez 3 miesiące pracowałem i uczyłem się, przekraczając moje granice wytrzymałości, tuningując je różnymi napojami energetyzującymi. Po trzech miesiącach takiego stylu życia, nieprzejmowania się mniejszymi i większymi choróbskami i ciągłą pracą, tuż przed rozpoczęciem sesji zimowej odporność mojego organizmu spadła do zera. Na parę dni przed najważniejszymi egzaminami z matematyki, wylądowałem w łóżku z gorączką. To był zły znak.

Po pojechaniu do pierwszego lekarza i otrzymaniu antybiotyku liczyłem na to, że wyzdrowienie zajmie mi maksymalnie 10 dni i będę mógł spokojnie podejść do kolejnego i zarazem ostatniego terminu egzaminu. Myliłem się.

Po kolei pierwszy, drugi, trzeci i czwarty antybiotyk na mnie nie działał. Mój tryb życia doprowadził do całkowitego załamania odporności organizmu. Dopiero po piątym bardzo silnym i mocnym antybiotyku, zostałem wyleczony. Trwało to 7 tygodni. Nie było już szans na zaliczenie sesji. Stare zaległości w postaci najtrudniejszych egzaminów, oraz nowe zaległości w postaci materiału z drugiego semestru doprowadziły do sytuacji, w której zostałem wyrzucony ze studiów.

Szykował się replay z zeszłego roku, jednak wiedziałem, że tym razem nie wyjadę za granicę, a będę starał się utrzymać z pracy w Krakowie, zdobywając ciągłe doświadczenie i pracując nad sobą. Po raz kolejny w mniejszy lub większy sposób zawiodłem swoją rodzinę.

Konkurs, którym się zajmowałem dochodził już do końca i praktycznie nie wiedziałem co ze sobą począć. Zacząłem odnawiać kontakty u swojego poprzedniego pracodawcy, by spróbować zatrudnić się z powrotem w firmie zajmującej się elektroniką. W trakcie poszukiwań następnej pracy, zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno kierunek studiów, który dwukrotnie sobie wybrałem, były dobrym wyborem. Zacząłem patrzeć w przyszłość i zadawać sobie pytanie: czy to chcę w życiu robić? Z jednej strony interesowała mnie informatyka, projektowanie stron www, programowanie etc. z drugiej strony, moje studia w dużej mierze były głównie skupione na elektronice, która już nie wzbudzała u mnie takiego zainteresowania.

Postawiłem wszystko na jedną kartę i zadecydowałem iść w kierunku swoich zainteresowań związanych z giełdą i finansami, w których czułem się jak ryba w wodzie. Zadecydowałem złożyć papiery na kierunek ekonomiczny – Zarządzanie Finansami. Niestety, duża część mojej rodziny nie rozumiała mojego wyboru, ponieważ znali oni dosyć popularny stereotyp mówiący, że ekonomistów w tym kraju jest już tak wielu, że tak naprawdę uczelnie ekonomiczne to fabryki bezrobotnych. Mimo wszystko, razem z moją kobietą wspierali mnie i zaakceptowali mój wybór.

Kwestie studiów miałem praktycznie rozwiązaną, niestety co do pracy, sytuacja była nadal niejasna. Jednak nagle, z niewiadomej strony pojawił się zwrot akcji. Oddział Warszawski, który “z góry” dowodził całym konkursem, był zadowolony z aplikacji, którą miałem przyjemność projektować i zarządzać jej jakością.

Dostałem propozycję pracy zdalnej w Warszawie, przy innej, nowszej aplikacji. Byłem pod opieką nowego szefa, który już po dwóch tygodniach, delegował mi szereg uprawnień do zarządzania projektem, którym się opiekowałem. Miałem wolną rękę, mogłem pracować w dzień/w nocy. Byłem terminowy. Pracowałem przy projekcie prawie rok i dostawałem informację, że świetnie się spisuję. Po paru miesiącach, dowiedziałem się o nowym projekcie, jeszcze bardziej zaawansowanym, którym mam się zajmować. Zostałem zaproszony na spotkanie do siedziby w Warszawie, podczas którego brałem udział w organizowaniu i projektowaniu założeń przyszłej aplikacji. Po raz kolejny czułem, że świat należy do mnie i wszystko jest na dobrej drodze.

Wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że nie mam się czym martwić. Na moim nowym kierunku miałem już zaliczoną sesję zimową w pierwszych terminach. Nadeszło jednak coś, czego nie spodziewałem się w żadnym najgorszym śnie. Ze względu na ogólnoświatowy kryzys finansowy, sponsor nowej aplikacji, niezależny od mojego pracodawcy, tnąc koszta i przygotowując się na rozwój kryzysu w Polsce zrezygnował z projektu, który miałem prowadzić.

Po zakończeniu mojego dotychczasowego projektu, dowiedziałem się, od swojego szefa, który zawsze był sprawiedliwy i szczery w stosunku do mnie, że budżet na mój projekt został wyczerpany i do czasu zakończenia kryzysu ze względu na oszczędności, skończyły się pieniądze na moje stanowisko. Zakończył się na nieokreślony czas, najlepszy etap w moim życiu…

… i rozpoczął się nowy. Pracując nad projektami dla mojego pracodawcy, chciałem rozwijać się na innych płaszczyznach, związanych z moimi zainteresowaniami i moją pracą. Założyłem grupę interaktywną, która projektowała na umowy-zlecenie aplikacje internetowe dla krakowskich firm. Tylko i wyłącznie dzięki temu “backup’owi” byłem w stanie utrzymać się w Krakowie po skończeniu poprzedniej pracy. Po rocznym doświadczeniu z moją grupą, przeistoczyłem ją w normalną firmę. Założyłem agencję interaktywną, na początek z ośmioosobowym zespołem.

Po paru latach pracy, najpierw przy kodowaniu, później programowaniu, a następnie przy projektowaniu szat graficznych, skończyłem na pracy przy projektach, ich planowaniu i w mniejszym lub większym stopniu zarządzaniu nimi. I to jest to. Złapałem bakcyla. Zacząłem czytać wszelkie dostępne materiały o zarządzaniu projektami IT, zarządzaniu jakością i sprzedażą software’u. I na dzień dzisiejszy to chcę w życiu robić.

Założyłem spółkę wraz ze znajomym, z którym bardzo dobrze mi się pracowało w ciągu niekrótkiego okresu naszej poprzedniej współpracy i otworzyliśmy wspólnie agencje, zbierając najlepszych możliwych fanatyków naszego hobby: projektowania zaawansowanych aplikacji webowych.

Aktualnie zajmuję się planowaniem, organizowaniem i zarządzaniem projektami, zasobami i ludźmi w naszej firmie; tworzeniem strategii i wieloma innymi, fascynującymi rzeczami, które mnie niesamowicie jarają. Jestem już jedną nogą na drugim roku studiów ekonomicznych, na których uczę się z przyjemnością tego, co mnie w 100% interesuje, gdzie mam bezpieczną pozycję i jedyną moją troską jest zaliczenie zaległych dwóch z sześciu egzaminów.

Jeśli cokolwiek pójdzie nie po mojej myśli lub coś się nie uda, będę walczył dalej.

Swoją historię, chcę zakończyć cytatem z nieznanego mi filmu, który otrzymałem od mojej znajomej, który odzwierciedla moje podejście.

“You’re at war. “It’s not personal, it’s business. It’s not personal it’s business.” Recite that to yourself every time you feel you’re losing your nerve. I know you worry about being brave, this is your chance. Fight. Fight to the death.”

Fake it until you make it – part 2

Sierpień 26th, 2009 7 comments

Poniższy tekst jest kontynuacją wpisu “Fake it until you make it – part 1

Dostałem się w pierwszym terminie, na jeszcze lepszą uczelnię w Krakowie, na bardzo szanowany wydział. Na początku wakacji wyjechałem do Krakowa w poszukiwaniu niedrogiego mieszkania i pracy. O ile mieszkanie blisko centrum miasta w korzystnej cenie udało mi się znaleźć w chwilę, o tyle znalezienie pracy, która miała być tylko na okres wakacji, było dużo większym wyzwaniem. Rzadko której firmie opłaca się zatrudniać pracownika na okres niecałych trzech miesięcy, szkolić, stworzyć mu miejsce pracy etc. by po skończeniu tego okresu szukać nowego pracownika.

Tak się złożyło, że w mieszkaniu, które znalazłem miałem dzielić swój pokój z 4 lata starszym informatykiem. Pomyślałem: idealnie, pewnie będziemy nadawać na tych samych falach. Mój współlokator, po zauważeniu moich poszukiwań pracy, zaproponował mi wysłanie CV do jego pracodawcy. Okazało się, że przejściowo szukają na okres wakacji pracownika, który ma zapędy do elektroniki i informatyki. Po krótkiej rozmowie kwalifikacyjnej zostałem przyjęty do pracy, która bardzo mnie satysfakcjonowała.

Moi rodzice, widząc moje starania i mój zapał do działania zrobili mi małą niespodziankę, która jak przeczytacie w kolejnej części będzie odgrywała bardzo dużą rolę w mojej historii. Niespodzianką tą było przekazanie ich auta na mój użytek w Krakowie. Dzięki temu, każdego dnia zamiast wstawać o 6 rano, mogłem pospać sobie godzinkę dłużej i spokojnie pojechać autkiem do mojego miejsca pracy.

Po raz kolejny, życie wyglądało beztrosko i pięknie. Dostałem się na studia, pracowałem w dobrej firmie, robiłem to, co lubię. Dodatkowo, pod koniec wakacji mój szef zaproponował mi, żebym nie rezygnował z pracy, i przyjeżdżał dwa razy w tygodniu, proponując mi stawkę 100% większą w ciągu normalnego tygodnia pracy, i 200% większą w weekendy. Dzięki temu gdybym pracował 6-8 dni w miesiącu, miałbym całkiem niezłą pensję, przy małych nakładach pracy.

Obiecałem sobie, że tym razem, studia są największym priorytetem i zdecydowałem chodzić do pracy tylko w soboty, ze względu na bardzo korzystne wynagrodzenie korzystając przy tym z dużej ilości dostępnego czasu na studia.

Po dwóch miesiącach studiowania, odezwała się do mnie znajoma z konkursu finansowego, proponując mi pracę przy nowym, dużo większym i bardziej zaawansowanym konkursie. Ze względu na obietnicę, jaką sobie i swojej rodzinie złożyłem, pomimo bardzo kuszącej propozycji pracy byłem zmuszony odmówić…

Po dwóch tygodniach od tego wydarzenia, jechałem na cotygodniowe zakupy swoim “czerwonym unciakiem” do hipermarketu. Był późny wieczór, na drodze ze względu na przebudowę wraz z wszystkimi innymi kierowcami wlekliśmy się około 30km/h. Pogoda była dosyć niepewna, a droga była śliska. Starając się zmienić kanał radiowy, zagapiłem się nie tam gdzie trzeba na ułamek sekundy. Zwracając swój wzrok z powrotem na drogę zauważyłem, że auto przede mną, duże i solidne Mitsubishi, zaczęło ostro hamować, ze względu na niezidentyfikowany przeze mnie obiekt, który wyskoczył mu przed maskę.

Było za późno. Brak ABS’u w moim wehikule, śliska nawierzchnia, pomimo małej prędkości w okolicach 30km/h i hamowania pulsacyjnego – nie udało się. Ułamek sekundy nieuwagi, doprowadził do zbyt małej odległości między mną a autem znajdującym się przede mną. Przywaliłem z prędkością około 20km/h w imponująco twardy i solidny zderzak japońskiego pojazdu.

Ze względu na niezachowanie odpowiedniej odległości między autami i nieprzystosowanie się do warunków pogodowych – bez jakichkolwiek negocjacji, wiedziałem, że to moja wina. Moje auto miało zmasakrowany przód maski, a auto przede mną jedynie lekkie wgniecenie na zderzaku.

Po podpisaniu stosownych oświadczeń i przyznaniu się do winy musiałem zająć się autem. Jego stan był na tyle zły, że nie mogłem nim sam jechać i dotrzeć do swojego mieszkania, ale na tyle dobry, że mogłem poprosić jakiegoś znajomego o odholowanie. Niewiele myśląc zadzwoniłem do mojego kolegi, faceta mojej dobrej znajomej (tak, tej z konkursu) z prośbą o pomoc i odholowanie. Kiedy znajomy przyjechał (oczywiście ze swoją kobietą), koleżanka patrząc na zniszczenia auta i upewniając się, że nic mi się nie stało, zapytała:  “to co, potrzebujesz kasy na nowe auto?” uśmiechając się do mnie. Wiedziałem, że taka okazja, nie może się powtórzyć…

Jeżeli chcesz dowiedzieć się pierwszy o kolejnym wpisie, kontynuującym tę historię, zapisz się do subskrypcji kanału RSS mojego bloga, by dostawać informację o nowym wpisie od razu, po jego opublikowaniu. Możesz to zrobić klikając na pomarańczowy prostokąt z licznikiem, znajdujący się po prawej stronie na górze mojego bloga. Dziękuję!

Fake it until you make it – part 1

Sierpień 24th, 2009 7 comments

Na wielu blogach motywujących, których mam przyjemność czytać, w komentarzach wiele razy czytelnicy zadawali dotykające wiele tematów, jednak bardzo konkretne pytanie “jak zacząć i zrobić pierwszy krok?”. Każdy z nas ma jakieś marzenia. Jak rozpocząć drogę do ich spełnienia?

Nie będę tu narzekał i kłócił się z dosyć powszechnym stereotypem w naszym kraju “Panie, bo w Polsce to garba da się dorobić!”. To podejście wszyscy znamy, dlatego nie ma sensu się nad tym rozpisywać.

Dzisiaj chciałbym udowodnić, że jeśli się czegoś bardzo chce, ma się pomysł i siły do działania, to bez względu na to, jakie przeciwności losu staną nam na drodze i tak uda nam się osiągnąć nasze cele. Nie będzie to wpis przytaczający historie znanych osobistości w stylu “od zera do miliardera”. Jest to osobisty wpis dotyczący mojej osoby i ostatnich pięciu lat, które mają ogromny wpływ na moje teraźniejsze życie.

Wszystko zaczęło się parę lat temu. Jako świeży, szesnastoletni licealista zafascynowany informatyką zacząłem poszukiwać swoich pierwszych źródeł zarobku. Ze względu na to, że najbardziej z wszystkich tematów informatycznych zainteresowało mnie pisanie stron internetowych, założyłem wraz z czterema znajomymi mały portal z recenzjami, kodami, nowinkami o grach komputerowych. Stronę w ciągu połowy roku działalności odwiedzono 2200 razy, co było dla mnie pierwszym, małym sukcesem. Po naturalnej śmierci serwisu spowodowanej różnicą zdań w zespole, doszedłem do wniosku, że jeszcze nie czas na tego typu projekty.

Mimo dosyć krótkiego działania tego serwisu i niezbyt dużej skali oglądalności, powoli zacząłem odkrywać potencjał Internetu. Kupiłem dwie książki dotyczących tematu kodowania stron internetowych i rozpocząłem swoją naukę. Po jakimś czasie znajomi, którzy zauważyli moje zainteresowania poprosili mnie o zaprojektowanie dwóch serwisów, opartych o prosty system zarządzania treścią z estetyczną grafiką nawiązującą do tematu serwisu. Ze względu na bezpłatne świadczenie tej usługi oraz brak środków własnych, które mógłbym przeznaczyć na grafika, zakupiłem książkę o Photoshopie i na darmowej wersji programu uczyłem się tajników grafiki cyfrowej. Po paru tygodniach ciężkich prac, powstały dwa serwisy cieszące się sporym odzewem wśród czytelników tych serwisów. Nie zyskałem ani złotówki ale byłem bogatszy o nowe doświadczenia w projektowaniu szablonów graficznych, cięciu ich wg obowiązujących w internecie standardów sieciowych oraz pisaniu skryptów do zarządzania tymi serwisami.

Parę miesięcy później skończyłem liceum i w szybkim czasie stałem się dumnym studentem pierwszego roku studiów na wydziale informatycznym. Z powodu małych środków, które miałem przeznaczone na życie w Krakowie, jeszcze w trakcie wakacji, przed rozpoczęciem studiów zacząłem rozglądać się za jakąś pracą. Moje doświadczenie jak na 19latka nie było zbyt imponujące. Kilkanaście zaprojektowanych “stronek”, dwa miesiące przepracowane w biurze w jednym z hipermarketów jako “wklepywacz danych” lub oficjalnie “pracownik działu automatycznych zamówień”, parę konkursów w trakcie liceum i nieźle zdana matura rozszerzona z języka angielskiego – to wszystko co mogłem wpisać do CV.

W wielkim i póki co obcym mieście z taką listą doświadczeń ciężko było znaleźć pracę, którą mógłbym pogodzić z trudnymi studiami dziennymi. Miałem jednak coś, co wyróżniało mnie wśród moich rówieśników. To była moja tajna broń ;-) Ogromny zapał, chęć do pracy i nieograniczona wiara we własne siły. Mimo częstego zastanawiania się “czy się uda?” wysyłałem CV do przeróżnych potencjalnych pracodawców.

Tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego dowiedziałem się, że w pewnej gazecie organizującej co roku konkurs giełdowy dla gimnazjalistów i licealistów w całej Polsce poszukują osób do prowadzenia kolejnego konkursu giełdowego. Ze względu na to, że moją dobrą znajomą była osoba, która miała brać udział w tym projekcie, poprosiłem o możliwość umówienia mnie z jej szefem, organizującym ten konkurs. Pomimo młodego wieku, nie bałem się spróbować aplikować do jednego z największych wydawców dzienników w Polsce.

Moja znajoma tak jak ją poprosiłem, przesłała CV swojemu szefowi, bez składania jakichkolwiek gwarancji czy obietnic. Po paru tygodniach oczekiwania na odpowiedź zostałem umówiony na spotkanie z osobą, która miała organizować ten konkurs. Zdawałem sobie sprawę z szansy, jaka mi się trafiła i za wszelką cenę nie chciałem jej zaprzepaścić.

Na umówionym spotkaniu został mi przedstawiony cały projekt, oraz wszystkie obowiązki związane z pracą. Starałem się zaprezentować z jak najlepszej strony i mimo wszelkich starań dowiedziałem się od swojego rozmówcy, że projekt jest na tyle duży, a moje studia i pierwszy rok są tak trudne, że nie dam rady.

Po praktycznie godzinnym prezentowaniu swoich atutów, przedstawianiu pozytywnych stron, jakie mogłem wnieść do konkursu, oraz uświadomieniu rozmówcy o znajomości wad i zalet tego konkursu od środka (ze względu na mój udział w nim w czasach liceum), mój przyszły szef z wielkimi obawami zaufał mi i dał szansę. To był przełomowy dzień w moim życiu. Czułem, że złapałem Pana Boga za pięty. Zostałem oficjalnym opiekunem konkursu finansowego, organizowanego przez jedną z największych spółek w Polsce.

Wspominając tamte czasy, do dzisiaj uważam, że był to jeden z najfajniejszych okresów w moim życiu. Mieszkanie w Krakowie, comiesięczna stała i niemała (jak na 19latka) pensja i telefon służbowy zawróciły mi w głowie. Poczułem się jak młody bóg. Zafascynowanie nowym środowiskiem w pracy, ludźmi, którzy praktycznie w 100% byli ode mnie dużo starsi; dziennikarzy, specjalistów, redaktorów, zapoczątkowało moje zamiłowanie do pracy. Każdego dnia z uśmiechem na ustach szedłem najpierw na uczelnię, a z uczelni w przerwie między zajęciami – do pracy. Po paru tygodniach stałem się pracoholikiem i praktycznie od rana do późnego wieczora spędzałem swój czas, robiąc to co lubię – czyli zajmując się giełdą, finansami oraz Internetem.

Z powodu tak dużego zafascynowania tyloma niesamowitymi osobami w pracy, powoli, jednak systematycznie zacząłem zaniedbywać studia, co doprowadziło do tego, że na własne życzenie z nich zrezygnowałem na rzecz pracy. Bez względu na to, że po paru latach udało mi się postawić na swoim, wiem, że był to błąd i, że nie powinienem podejmować takiej decyzji. Niestety byłem nieodpowiedzialny i zbyt dziecinny, żeby to wtedy zrozumieć.

Pomimo znanego mi zakresu obowiązków, aby zostać zauważonym, starałem się ze wszystkich sił wyręczać moich współpracowników z tych zadań, w których miałem już doświadczenie. Nie zważając na brak wymagań w umowie, zajmowałem się sprawdzaniem bezpieczeństwa aplikacji gry giełdowej; poprawianiem jej funkcjonalności/użyteczności, projektowaniem bannerów i plakatów, co w tak wielkiej korporacji było sporym atutem.

Wszystko było piękne, jak z bajki, do momentu w którym konkurs się skończył. Przeżyłem niemałe otrzeźwienie w dniu, w którym doszło do mnie, że za niedługo okres umowy się zakończy i najprawdopodobniej nie będzie dla mnie miejsca przy innych projektach. Niewiele myśląc zadecydowałem od razu po zakończeniu konkursu wyjechać do Anglii i tam pracować. Zakładałem dwie opcje do wyboru: pięć krótkich miesięcy pracy w celu dorobienia się jakiejś gotówki, lub rok przerwy w studiach i około 17 miesięcy pracy na wyspach.

Bajkowe nastawienie, które towarzyszyło mi przez okres pracy przy konkursie przeniosło się na wyjazd do Anglii. Byłem tak pewny siebie, że nie dopuszczałem innej możliwości niż sukces na wyspach i wielkie (jak na nastolatka) pieniądze przywiezione do Polski. Dzięki znajomości mojej dobrej koleżanki, dostałem pracę w pewnej hurtowni telefonów komórkowych. Była to normalna praca fizyczna, 8 godzin dzień w dzień – te same obowiązki. Ze względu na to, że pracowałem w miejscu, w którym było dużo telefonów komórkowych, zakazano wszystkim pracownikom wnoszenia na teren pracy swoich komórek. Każdego dnia o godzinie 7 rano wyłączałem swój telefon. Po pięciu tygodniach pracy, w dniu swoich urodzin, kiedy zorientowałem się, że moja rodzina i przyjaciele z Polski najprawdopodobniej wysłali mi życzenia, zacząłem przesłuchiwać swoją pocztę głosową. Wcześniej, ze względu na przyzwyczajenie wyniesione z kraju – wyłączoną pocztę głosową – zapomniałem o istnieniu tejże sekretarki na angielskim numerze.

Po którejś wiadomości z rzędu, “angielska sekretarka” przeczytała mi wiadomość, która w tłumaczeniu na j.polski mniej więcej brzmiała tak: “Witaj Piotrze, dziękujemy Ci za złożenie aplikacji do naszego biura pośrednictwa pracy, znaleźliśmy dla Ciebie fajną pracę w nowym biurze, gdzie pracodawca mógłby wykorzystać twoje informatyczne umiejętności. Oddzwoń jak tylko odbierzesz tą wiadomość”. Odczytałem tą wiadomość jeszcze raz i wtedy doszedł do mnie fakt, który niczym lodowaty prysznic sparaliżował moje myślenie na dobrych parę minut. Wiadomość została wysłana 3 tygodnie temu.

Nie zastanawiając się następnego dnia poprosiłem swojego szefa o dzień wolny od pracy i pojechałem do pośrednika, który zostawił dla mnie wiadomość. Po 15minutowej rozmowie po angielsku, okazało się, że Michael, z którym rozmawiałem był… polakiem. Przez cały kwadrans starałem się za wszelką cenę uzyskać od niego jakiekolwiek informacje na temat tej firmy, niestety jedyne czego się dowiedziałem, to to, że taka oferta pracy zdarza się w tego typu biurach raz na pół roku. Michał obiecał mi, że gdy tylko dostanie podobną ofertę od razu się do mnie zgłosi. Pomógł mi także i wskazał miejsca, w których pośrednicy pracy szukają tylko i wyłącznie pracy w biurze.

Bez chwili zastanowienia, z kilkoma adresami rozrzuconymi po różnych stronach miasta, poszedłem do najbliższego sklepu zaopatrzyć się w mapę. Z wielkim zaangażowaniem i malejącą wiarą w siebie odwiedzałem kolejno każde wskazane przez Michała biuro. Niestety, wymogiem zdobycia pracy w biurze (każdego pośrednika pracy), było minimalne 3miesięczne doświadczenie zdobyte w pracy… w biurze. Ze względu na tego typu przepisy wiedziałem, że praktycznie bez naprawdę wielkich umiejętności wpisanych w CV, nie jestem w stanie wybić się w krótkim czasie i dostać lepszą pracę od obecnej.

To była niesamowita lekcja pokory. Z bajkowego klimatu zaczerpniętego z paru miesięcy pracy przy konkursie, klimat zmienił się w rutynę: dzień w dzień o tej samej godzinie przychodziłem do tego samego miejsca i pracowałem, jak zapętlony wykonując 800-1000x dziennie to samo zadanie.

To był kolejny moment przełomowy w moim życiu. Musiałem podjąć decyzję: zostać i starać się z wszystkich sił, mając małe szanse, czy wrócić do Polski i rozpocząć wszystko od nowa. Zdecydowałem się wrócić do Polski.

Po moim małym sukcesie związanym z konkursem, przyszedł czas na porażkę, którą musiałem zaakceptować. Nie udało mi się osiągnąć tego, co chciałem na wyspach.

Przyleciałem do Polski, kupując szczęśliwie bilet, za równowartość 5paczek czerwonych Marlboro (paliłem wtedy jak smok) i zacząłem wszystko od nowa. Komentarzy prześmiewczych w moją stronę nie byłem w stanie nie zauważyć. Mimo wszystko byłem zadowolony z tego, że spróbowałem, nie bałem się zaryzykować i dostałem dużą, życiową lekcję.

Przyleciałem do Polski i moim pierwszym, najważniejszym zadaniem, które musiałem wykonać było odzyskanie zaufania mojej rodziny, która pokładała wielkie nadzieje, w moich studiach. Przed wyjazdem zarzekałem się, że wiem co robię i kolejny raz udowodnię im, że mam rację. Niestety, jak już wiecie… było inaczej.

Musiałem wręcz przyrzec swojej rodzinie, że dostanę się na studia i bezproblemowo zdam wszystkie egzaminy i zaliczę pierwszy rok. Co wyszło z tego planu? Przeczytacie o tym w następnym wpisie.

Jeżeli chcesz dowiedzieć się pierwszy o kolejnym wpisie, kontynuującym tę historię, zapisz się do subskrypcji kanału RSS mojego bloga, by dostawać informację o nowym wpisie od razu po jego opublikowaniu. Możesz to zrobić klikając na pomarańczowy prostokąt z licznikiem, znajdujący się po prawej stronie na górze mojego bloga. Dziękuję!

Jak zmotywować i zorganizować się do sesji egzaminacyjnej?

Sierpień 22nd, 2009 4 comments

Jak sama nazwa mojego bloga wskazuje jestem studentem inwestującym. O ile blog w dużej mierze dotyczy tematów inwestycji, o tyle poruszonych tematów dotyczących studiowania nie było zbyt wiele. Ze względu na zbliżającą się poprawkową sesję wrześniową, przy obecnej ilości pracy, którą mam do wykonania musiałem znaleźć jakiś sposób na zorganizowanie i zmotywowanie się do zaliczenia egzaminów.

Moja sytuacja jest o tyle dobra, że w trakcie sesji letniej zaliczyłem cztery z sześciu egzaminów, co pozwoliło mi być pewnym wpisania na kolejny rok studiów. Mimo wszystko męczenie się z poprawkami/warunkami oraz płacenie za nie w październiku i później byłoby dla mnie bardzo nieopłacalne, dlatego wolę się zająć tym teraz.

Jak zmotywować i zorganizować się do sesji egzaminacyjnej? Dla wielu studentów/osób uczących się sama myśl o nauce w środku wakacji powoduje dreszcze, a czasami nawet paraliż ;-) Każdy, kto ma jakieś egzaminy do zaliczenia we wrześniu, stara się najczęściej odłożyć naukę w czasie na tak długo, jak to tylko jest możliwe. A później jest tak jak w krakowskim żarcie o studentach. AGH się modli, a UJ się uczy… ;-)

Osoby, które mają przed sobą egzaminy do zaliczenia, najczęściej są zniechęcane stanem posiadanej wiedzy. Do momentu w którym nie rozpiszemy sobie całego planu działania, tak naprawdę nie wiemy i wyolbrzymiamy ilość zadań do zrobienia w celu zdania egzaminów. Tego typu podejście przekłada się na brak jakichkolwiek motywacji.

Jak ja to zrobiłem? Do stworzenia mojego planu działania była mi potrzebna jedna kartka A4 oraz długopis. Zacząłem od wypisania paru informacji, które jak najściślej określają co jest do zrobienia i jak to najwydajniej wykonać. Poniżej przedstawiam plan dotyczący mojego zdania sesji jesiennej.

Zadanie: zaliczenie sesji wrześniowej i wpis na kolejny rok.

Zysk:

  • brak potrzeby korzystania z płatnych warunków – oszczędność pieniędzy
  • rozpoczęcie kolejnego roku bez zaległości
  • więcej czasu do zagospodarowania w październiku i listopadzie
  • brak rozpraszaczy po zdaniu sesji
  • satysfakcja z pełni zaliczonego roku

Uważam, że pierwsze dwie kwestie czyli określenie zadania do zrobienia oraz zdefiniowanie zysku z tytułu wykonania tego zadania, są najważniejszymi elementami, które mają nam określić problem i jak najbardziej zmotywować.
Przechodząc do kolejnych kwestii…

Etapy i cele:

  • zdanie zaliczenia z ćwiczeń ze statystyki
  • zdanie egzaminu ze statystyki – zdobycie kolejnych 5pktów ECTS
  • zdanie zaliczenia z ćwiczeń z matematyki
  • zdanie egzaminu z matematyki – zdobycie 5pktów ECTS

Działania:

  1. zebranie materiałów do nauki
  2. wypisanie wymagań do zaliczeń ze statystyki i matematyki
  3. nauczenie się materiału wymaganego do zaliczenia ćwiczeń
  4. zdobycie zaliczeń z matematyki i ze statystyki
  5. wypisanie wymagań do zaliczenia egzaminu ze stat. i mat.
  6. nauczenie się materiału do egz. z matematyki i statystyki
  7. zdanie egzaminów

Przy rozpisywaniu planu działania, warto rozbić wszystkie etapy na jak najmniejsze części. Dlatego podzieliłem zaliczenie jednego przedmiotu na 5 etapów: gromadzenie notatek/materiałów, wypisanie wymagań, nauka, zaliczenie ćwiczeń, zdanie egzaminu. Dzięki temu w poszczególnych momentach wykonywania tego planu działania, będę dokładnie wiedział w którym miejscu się znajduję i jak daleko mi do wykonania zadania.

Należy wspomnieć, że plan, który tu przedstawiam jest jedynie planem ogólnym (strategicznym). Plan szczegółowy dotyczący konkretnego przedmiotu, w którym wypisałem sobie poszczególne partie materiału nie będę tutaj przytaczał, ponieważ nie widzę sensu dublowania materiału.

Rozpraszacze – czyli czego nie powinienem robić podczas wykonywania planu.
Nie mogę:

  • prowadzić pogaduszek przez komunikatory
  • czytać i sprawdzać co chwilę serwisy informacyjne/gazety/portale etc.
  • grać w gry internetowe/komputerowe/i wszystkie inne
  • chodzić późno spać, z czego wynika późne rozpoczynanie dnia
  • sprawdzać co chwilę telefon czy pocztę e-mail

Powyższa lista może się wydawać dla niektórych śmieszna, co jest na pierwszy rzut oka w pełni zrozumiałe. Większość czasu spędzana przy komputerze dotyczy właśnie tych podpunktów. Dlatego też ważne jest, żeby przewidzieć wszystkie działania, które najczęściej z przyzwyczajenia wykonujemy, przez które tracimy cenny czas.

Chcąc poprawić efektywność powinienem:

  1. Rozbić większe cele, na coraz mniejsze elementy i wykonywać je po kolei wg planu – im mniejsze cele, tym łatwiej i szybciej się je wykonuje; dodatkowo występuje efekt motywujący wywołany przez coraz większą ilość odhaczonych punktów listy rzeczy do zrobienia.
  2. Tworzyć listy rzeczy do zrobienia w następnym dniu – pozwoli mi to zorientować się, ile czasu zajmie mi praca, ile inne obowiązki, dzięki czemu oszacuję czas, który będę mógł poświęcić na wykonywanie powyższego planu.
  3. Porównywać działania z planem – sprawdzanie czy jestem na dobrej drodze do osiągnięcia celu, pozwalające mi kontrolować kwestię, czy dojdę do celu w wyznaczonym przeze mnie terminie.
  4. Skupiać się na wykonywaniu zadania – wykształcić mechanizm samokontroli w podświadomości, który przy każdym nieproduktywnym czynie pyta mnie “czy zadanie, które teraz wykonuję zbliża mnie do osiągnięcia celu?”.
  5. Skupiać się na jednej rzeczy na raz, aż do momentu ukończenia danego zadania. Nie rozdrabniać się w działaniach.
  6. Ustalić trzy półgodzinne przerwy od nauki, które poświęcam na przeczytanie/odpisanie na e-maile, smsy.

Po zaprojektowaniu powyższego planu od razu zaplanowałem sobie plan dotyczący konkretnego przedmiotu. Plan jest, czas na działanie. Podczas tych wakacji był czas na inwestycje, pracę, relaks i podróże, teraz przyszedł czas na naukę, jak na studenta przystało.