Fake it until you make it – part 3
Poniższy tekst jest kontynuacją wpisów “Fake it until you make it – part 1” oraz “Fake it until you make it – part 2”
Jak się pewne domyślacie, złamałem swoją obietnicę i przyjąłem propozycję pracy. Ze względu na swoje zasługi z poprzedniej pracy przy konkursie, dostałem większe wynagrodzenie z większym zakresem obowiązków. Byłem odpowiedzialny za pomoc przy projekcie, betatestowanie i zarządzanie nową aplikacją giełdową.
O ile złamałem swoją obietnicę o nieprzyjmowaniu żadnej poważnej pracy na czas studiów, o tyle starałem się z wszystkich sił sprostać moim zobowiązaniom. Pracowałem i uczyłem się dniami i nocami, pijąc niezliczone hektolitry kawy, napojów energetyzujących, paląc przy tym dwie paczki dziennie ulubionych, czerwonych papierosów.
Dawałem radę. Mało kto mi wierzył, ale robiłem wszystko, żeby zaliczać kolokwia, nie mieć zaległości i problemów. Przez 3 miesiące pracowałem i uczyłem się, przekraczając moje granice wytrzymałości, tuningując je różnymi napojami energetyzującymi. Po trzech miesiącach takiego stylu życia, nieprzejmowania się mniejszymi i większymi choróbskami i ciągłą pracą, tuż przed rozpoczęciem sesji zimowej odporność mojego organizmu spadła do zera. Na parę dni przed najważniejszymi egzaminami z matematyki, wylądowałem w łóżku z gorączką. To był zły znak.
Po pojechaniu do pierwszego lekarza i otrzymaniu antybiotyku liczyłem na to, że wyzdrowienie zajmie mi maksymalnie 10 dni i będę mógł spokojnie podejść do kolejnego i zarazem ostatniego terminu egzaminu. Myliłem się.
Po kolei pierwszy, drugi, trzeci i czwarty antybiotyk na mnie nie działał. Mój tryb życia doprowadził do całkowitego załamania odporności organizmu. Dopiero po piątym bardzo silnym i mocnym antybiotyku, zostałem wyleczony. Trwało to 7 tygodni. Nie było już szans na zaliczenie sesji. Stare zaległości w postaci najtrudniejszych egzaminów, oraz nowe zaległości w postaci materiału z drugiego semestru doprowadziły do sytuacji, w której zostałem wyrzucony ze studiów.
Szykował się replay z zeszłego roku, jednak wiedziałem, że tym razem nie wyjadę za granicę, a będę starał się utrzymać z pracy w Krakowie, zdobywając ciągłe doświadczenie i pracując nad sobą. Po raz kolejny w mniejszy lub większy sposób zawiodłem swoją rodzinę.
Konkurs, którym się zajmowałem dochodził już do końca i praktycznie nie wiedziałem co ze sobą począć. Zacząłem odnawiać kontakty u swojego poprzedniego pracodawcy, by spróbować zatrudnić się z powrotem w firmie zajmującej się elektroniką. W trakcie poszukiwań następnej pracy, zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno kierunek studiów, który dwukrotnie sobie wybrałem, były dobrym wyborem. Zacząłem patrzeć w przyszłość i zadawać sobie pytanie: czy to chcę w życiu robić? Z jednej strony interesowała mnie informatyka, projektowanie stron www, programowanie etc. z drugiej strony, moje studia w dużej mierze były głównie skupione na elektronice, która już nie wzbudzała u mnie takiego zainteresowania.
Postawiłem wszystko na jedną kartę i zadecydowałem iść w kierunku swoich zainteresowań związanych z giełdą i finansami, w których czułem się jak ryba w wodzie. Zadecydowałem złożyć papiery na kierunek ekonomiczny – Zarządzanie Finansami. Niestety, duża część mojej rodziny nie rozumiała mojego wyboru, ponieważ znali oni dosyć popularny stereotyp mówiący, że ekonomistów w tym kraju jest już tak wielu, że tak naprawdę uczelnie ekonomiczne to fabryki bezrobotnych. Mimo wszystko, razem z moją kobietą wspierali mnie i zaakceptowali mój wybór.
Kwestie studiów miałem praktycznie rozwiązaną, niestety co do pracy, sytuacja była nadal niejasna. Jednak nagle, z niewiadomej strony pojawił się zwrot akcji. Oddział Warszawski, który “z góry” dowodził całym konkursem, był zadowolony z aplikacji, którą miałem przyjemność projektować i zarządzać jej jakością.
Dostałem propozycję pracy zdalnej w Warszawie, przy innej, nowszej aplikacji. Byłem pod opieką nowego szefa, który już po dwóch tygodniach, delegował mi szereg uprawnień do zarządzania projektem, którym się opiekowałem. Miałem wolną rękę, mogłem pracować w dzień/w nocy. Byłem terminowy. Pracowałem przy projekcie prawie rok i dostawałem informację, że świetnie się spisuję. Po paru miesiącach, dowiedziałem się o nowym projekcie, jeszcze bardziej zaawansowanym, którym mam się zajmować. Zostałem zaproszony na spotkanie do siedziby w Warszawie, podczas którego brałem udział w organizowaniu i projektowaniu założeń przyszłej aplikacji. Po raz kolejny czułem, że świat należy do mnie i wszystko jest na dobrej drodze.
Wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że nie mam się czym martwić. Na moim nowym kierunku miałem już zaliczoną sesję zimową w pierwszych terminach. Nadeszło jednak coś, czego nie spodziewałem się w żadnym najgorszym śnie. Ze względu na ogólnoświatowy kryzys finansowy, sponsor nowej aplikacji, niezależny od mojego pracodawcy, tnąc koszta i przygotowując się na rozwój kryzysu w Polsce zrezygnował z projektu, który miałem prowadzić.
Po zakończeniu mojego dotychczasowego projektu, dowiedziałem się, od swojego szefa, który zawsze był sprawiedliwy i szczery w stosunku do mnie, że budżet na mój projekt został wyczerpany i do czasu zakończenia kryzysu ze względu na oszczędności, skończyły się pieniądze na moje stanowisko. Zakończył się na nieokreślony czas, najlepszy etap w moim życiu…
… i rozpoczął się nowy. Pracując nad projektami dla mojego pracodawcy, chciałem rozwijać się na innych płaszczyznach, związanych z moimi zainteresowaniami i moją pracą. Założyłem grupę interaktywną, która projektowała na umowy-zlecenie aplikacje internetowe dla krakowskich firm. Tylko i wyłącznie dzięki temu “backup’owi” byłem w stanie utrzymać się w Krakowie po skończeniu poprzedniej pracy. Po rocznym doświadczeniu z moją grupą, przeistoczyłem ją w normalną firmę. Założyłem agencję interaktywną, na początek z ośmioosobowym zespołem.
Po paru latach pracy, najpierw przy kodowaniu, później programowaniu, a następnie przy projektowaniu szat graficznych, skończyłem na pracy przy projektach, ich planowaniu i w mniejszym lub większym stopniu zarządzaniu nimi. I to jest to. Złapałem bakcyla. Zacząłem czytać wszelkie dostępne materiały o zarządzaniu projektami IT, zarządzaniu jakością i sprzedażą software’u. I na dzień dzisiejszy to chcę w życiu robić.
Założyłem spółkę wraz ze znajomym, z którym bardzo dobrze mi się pracowało w ciągu niekrótkiego okresu naszej poprzedniej współpracy i otworzyliśmy wspólnie agencje, zbierając najlepszych możliwych fanatyków naszego hobby: projektowania zaawansowanych aplikacji webowych.
Aktualnie zajmuję się planowaniem, organizowaniem i zarządzaniem projektami, zasobami i ludźmi w naszej firmie; tworzeniem strategii i wieloma innymi, fascynującymi rzeczami, które mnie niesamowicie jarają. Jestem już jedną nogą na drugim roku studiów ekonomicznych, na których uczę się z przyjemnością tego, co mnie w 100% interesuje, gdzie mam bezpieczną pozycję i jedyną moją troską jest zaliczenie zaległych dwóch z sześciu egzaminów.
Jeśli cokolwiek pójdzie nie po mojej myśli lub coś się nie uda, będę walczył dalej.
Swoją historię, chcę zakończyć cytatem z nieznanego mi filmu, który otrzymałem od mojej znajomej, który odzwierciedla moje podejście.
“You’re at war. “It’s not personal, it’s business. It’s not personal it’s business.” Recite that to yourself every time you feel you’re losing your nerve. I know you worry about being brave, this is your chance. Fight. Fight to the death.”